Stan wojenny przerwał trwający w Polsce „solidarnościowy karnawał”. Jak stwierdził jego główny architekt Wojciech Jaruzelski: „13 grudnia dokonany został akt historycznej miary. Używając przenośni, tę jedną noc i dzień porównać można jako odpowiednik współczesnej syntezy dokonań, jakie w obronie władzy ludowej podejmowano w ciągu kilku lat po wojnie […]. Zniweczone zostały plany kontrrewolucji odnoszące się nie tylko do naszego kraju, ale i do całej wspólnoty socjalistycznej, plany ugodzenia w ZSRR. Broniąc Polski i socjalizmu, dokonaliśmy powinności o internacjonalistycznej wymowie i znaczeniu. Odczuliśmy to, przyjmując wyrazy uznania w trakcie wizyt u naszych przyjaciół”. Te słowa trzeba przypominać szczególnie dziś.
Od „mniejszego zła” do mniejszego zła
Jednak, jak się później okazało, sukces był jedynie krótkotrwały. Były gratulacje, ordery od towarzyszy radzieckich, jednak stan wojenny nie rozwiązał problemów Polski. Nie został wykorzystany np. do zreformowania gospodarki PRL. Cóż, Jaruzelski to nie Pinochet, a nawet nie Kadar… Te zaniedbania szybko się zresztą zemściły. To właśnie chyląca się ku upadkowi gospodarka, a nie siła opozycji, doprowadziła do porozumienia z jej częścią, uznaną przez przywódców PRL za konstruktywną. Ekipa Jaruzelskiego pod koniec lat 80. miała do wyboru przeprowadzanie reform oznaczających gwałtowny i głęboki spadek poziomu życia albo dalsze trwanie i czekanie na katastrofę. Ta pierwsza opcja groziła wybuchem społecznym, druga odsuwała go jedynie w czasie. Na pomoc w utrzymaniu władzy towarzyszy radzieckich nie można już było liczyć, rozpoczynały się reformy Gorbaczowa.
Reglamentowana rewolucja
Jaruzelski zdecydował się zatem na „ucieczkę do przodu” i porozumienie z częścią „starej” opozycji, tej może nie „ze złamanym kręgosłupem”, ale w każdym razie dobrze pamiętającej lekcję stanu wojennego. Zdawał sobie bowiem doskonale sprawę, że nastroje społeczne w kraju są złe, wręcz fatalne, a Polsce grozi wybuch podobny jak latem 1980 r. Ostrzegali przed tym m.in. planiści z MSW, którzy na początku 1988 r. pisali: „Rosną bowiem roczniki – a może powiedzmy nawet pokolenie – ludzi, dla których lata 1980 i 1981 to historia. Historię tę w dodatku nie zawsze myśmy im napisali, […] istnieje poziom frustracji, przy której byle powód wyzwala agresję w znacznej skali. Agresja ta będzie wtedy na poły ślepa, a na poły wymierzona w »najbliższych winnych«, czyli w ekipę władzy. Jej fala może także zmyć wczorajszych liderów kontestacji, z którymi gotowi być może bylibyśmy prowadzić cienkie gry. Pojawią się nowi trybuni i demagodzy, zdezaktualizują się nasze dotychczasowe metody i taktyka rozgrywki […], nie uda się więc drugi raz wygrać”. Strajki wiosną i latem 1988 r., choć nie okazały się sukcesem protestujących, stanowiły ważny sygnał, były swoistym dzwonkiem ostrzegawczym. To po nich rozpoczęły się poufne rozmowy przedstawicieli władz, opozycji i Kościoła w Magdalence.
Okrągły Stół miał być, w zamyśle komunistów, podzieleniem się odpowiedzialnością z opozycją, a właściwie jej częścią, tą bardziej umiarkowaną. Ta bardziej radykalna nadal była, mimo generalnej liberalizacji stosunku władz do „działalności antysocjalistycznej”, zdecydowanie zwalczana przez Służbę Bezpieczeństwa.
Wydawało się, że ekipa Jaruzelskiego ma wszystkie atuty w ręku, że nadal utrzyma władzę. Tej, wbrew rozpowszechnionej dzisiaj w wielu kręgach opinii, nie zamierzała bowiem oddać. Wynegocjowane w kwietniu 1989 r. warunki wyborów do sejmu, gdzie opozycja miała szansę na nieco ponad 1/3 miejsc, i wolne wybory do 100-osobowego senatu dawały rządzącym PRL (Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i jej sojusznikom Zjednoczonemu Stronnictwu Ludowemu i Stronnictwu Demokratycznemu) przynajmniej 299 mandatów. Oznaczało to, że to właśnie oni wybiorą prezydenta PRL, z bardzo rozległymi uprawnieniami, na najbliższe sześć lat. W Zgromadzeniu Narodowym liczącym 560 osób stanowić mieli większość. To z kolei oznaczało utrzymanie „pakietu kontrolnego”.
Optymizm na wyrost i nieuzasadnione obawy
Do wyborów czerwcowych 1989 r. rządzący PRL przystępowali oczywiście nie bez pewnych obaw, ale z dużymi nadziejami. Wszelkie ich prognozy, przewidywania okazały się jednak zdecydowanie zbyt optymistyczne. Doskonałą tego ilustracją był zakład, który w połowie marca 1989 r. zawarli ówczesny premier Mieczysław Rakowski, minister i przewodniczący Komitetu do Spraw Młodzieży i Kultury Fizycznej Aleksander Kwaśniewski, rzecznik prasowy rządu Jerzy Urban i podsekretarz stanu w Urzędzie Rady Ministrów Andrzej Borowicz. Obstawiali oni zdobycze „opozycji” i „nieopozycji” w wyborach do sejmu i senatu – zwycięzca zgarniał po 5 tys. zł za najtrafniejsze wytypowanie wyników elekcji do obu izb. Największym pesymistą był ten ostatni – obstawiał on zdobycie przez stronę solidarnościową 120 ze 160 możliwych do zdobycia miejsc w sejmie oraz 68 z 98 w senacie (ostatecznie wybierano 100 senatorów). Największym optymistą w przypadku izby niższej był Kwaśniewski, który dawał opozycji jedynie 78, w przypadku zaś izby wyższej Rakowski – 38. Niewiele więcej miejsc dla opozycji w senacie przewidywali Urban (42) i Kwaśniewski (49).
Jeszcze 30 maja 1989 r., jak twierdził Jaruzelski, w przypadku wyborów do senatu za wynik dobry uważał on zdobycie 51–60 proc. mandatów, a za bardzo zły poniżej 40 proc. Być może był to jedynie oficjalny optymizm, gdyż sondaż Ośrodka Badania Opinii Publicznej przeprowadzony tydzień wcześniej wskazywał, że rządzący mogą liczyć jedynie na 24 proc. głosów, a także zapewne na część spośród 21 proc. wyborców nadal niezdecydowanych. W każdym razie w wariancie, który określano mianem „niepowodzenia”, przyjmowano, że koalicji PZPR, ZSL i SD uda się zdobyć 35 miejsc w senacie, a około połowy kandydatów z listy krajowej otrzyma wymaganą większość w wyborach do sejmu. Gorszy wynik uznawano za niewykluczony, ale mało prawdopodobny.
Z kolei oczekiwania strony solidarnościowej, czyli Komitetu Obywatelskiego (określanego z powodu zdjęcia kandydatów do sejmu i senatu z przewodniczącym Solidarności „drużyną Wałęsy”) były nazbyt pesymistyczne. W najśmielszych przewidywaniach nie zakładano, że w pierwszej turze mandatu nie wywalczy jedynie dziewięciu jej kandydatów, zachowując w dodatku szansę na elekcję w drugiej. Jak raportował po wyborach Czesław Kiszczak, druzgoczące zwycięstwo wręcz zszokowało przedstawicieli opozycji. Stało się dla nich powodem do obaw, trosk o zachowanie władzy.
Niewykorzystany sukces
4 czerwca strona rządowa poniosła klęskę. W pierwszej turze wywalczyła zaledwie trzy miejsca w sejmie (dwa kandydaci ZSL i jedno PZPR, zresztą przy nieformalnym poparciu Solidarności) i żadnego w senacie. Najbardziej dotkliwa była jednak dla nich porażka listy krajowej do izby niższej. Z 35 kandydatów, w tym przywódców partii tworzących koalicję, wymagane 50 proc. głosów uzyskało jedynie dwóch. Tak na marginesie, był to efekt niezbyt dokładnego ich skreślenia przez głosujących – o ich wyborze przesądziło stanowisko komisji wyborczych, które w przypadku skreśleń „na krzyż” zaliczały głosy tym osobom, do których nie dotarła wykonana przez wyborców linia, a tak się składa, że obaj szczęśliwcy zamykali listę składającą się z dwóch kolumn.
Jak się później okazało, nawet osoby uprzywilejowane w PRL wyraziły swój sprzeciw wobec ekipy Jaruzelskiego. W wyborach przepadł m.in. strateg peerelowskich władz w latach 80. – Urban. Startował on z okręgu Warszawa-Śródmieście. Wydawało się to sprytnym posunięciem, gdyż potencjalnie mógł liczyć na głosy Polaków zatrudnionych za granicą, którzy zostali przypisani do tego okręgu wyborczego. Jednak okazało się, że na Solidarność zagłosowała nawet znaczna część personelu polskich placówek dyplomatycznych.
Jak do tego doszło?
Władze PZPR przyjęły nierealistyczne założenie, że wybory będą miały charakter „niekonfrontacyjny”. Ich kolejnym błędem była demokratyzacja procesu wyłaniania kandydatów do parlamentu. Nie wyznaczało ich, jak dotychczas, Biuro Polityczne. Doszło do paradoksalnej sytuacji – naprzeciwko zgranej (ale bynajmniej nie wybranej w sposób demokratyczny, lecz po prostu wyznaczonej) „drużyny Lecha” wystartowali wyłonieni w zdecydowanie bardziej demokratyczny, często żywiołowy, sposób kandydaci władz. W efekcie np. jeśli Komitet Obywatelski wystawił 100 kandydatów na 100 miejsc w senacie, to strona rządowa aż 332 (178 z PZPR, 87 z ZSL i 67 z SD).
Kandydatom PZPR nie pomagało zachowanie koalicjantów, którzy podczas spotkań przedwyborczych niejednokrotnie dystansowali się od „przewodniej siły”. Błędna okazała się koncepcja lansowania wybranych kandydatów – tych, których szanse na wybór uznawano za większe. Ponadto władze, dysponujące niemalże monopolem w środkach masowego przekazu (szczególnie w telewizji), nie wypracowały spójnej polityki promowania swoich kandydatów. Zabrakło im po prostu fachowców od prowadzenia kampanii wyborczej, ale niby skąd miały je wziąć? Przecież była to dla nich kompletna nowość. Nie pomogło nawet powierzenie w kwietniu 1989 r. Jerzemu Urbanowi stanowiska prezesa Komitetu ds. Radia i Telewizji. Kampania w wykonaniu władz był niemrawa, pozbawiona dynamiki. Ich kandydaci ograniczyli się przeważnie do tradycyjnego czytania programu z kartek, unikali polemiki z kandydatami KO.
Wojnę propagandową toczoną na ulicach wygrała zdecydowanie strona solidarnościowa. Chociaż zapewne do sukcesu wystarczyłoby zdjęcie „z Lechem”, dysponowała ona w tym przypadku jeszcze innym poważnym atutem – afiszami z zagranicznymi gwiazdami, takimi jak Jane Fonda czy Gary Cooper, które zachęcały do głosowania na stronę solidarnościową. Największym chyba przebojem stał się plakat autorstwa Tomasza Sarneckiego z Cooperem jako samotnym szeryfem, co stanowiło nawiązanie do filmu „W samo południe”. Tak na marginesie, nad jego wykorzystaniem władze KO zastanawiały się do ostatniej chwili. Tu pozwolę sobie na refleksję osobistą – mnie najbardziej urzekł afisz z wizerunkiem Fondy z wpiętym na piersi znaczkiem Solidarności.
Co jednak najważniejsze, strona solidarnościowa mogła liczyć nie tylko na poparcie zagranicznych gwiazd, ale również na wsparcie Kościoła (spotkania z kandydatami Komitetu Obywatelskiego w salkach katechetycznych i kościołach), ale przede wszystkim na rzeszę ochotników. Kampanię strony solidarnościowej wspierały tworzone spontanicznie w miastach i miasteczkach komitety obywatelskie. To ich działacze (głównie młodzież), krążąc po ulicach z naręczami plakatów i wiadrami z klejem butaprenem, wygrali „wojnę o ulice”.
Nie pomogły tajne służby ani groźby
Oczywiście szans kandydatów ZSL i SD, a szczególnie PZPR, nie zwiększał długotrwały kryzys społeczny i frustracja społeczeństwa, wynikająca z uciążliwości życia codziennego. Społeczeństwo 4 czerwca „podziękowało” im za to, dając czerwoną kartkę.
Władzom PRL nie udało się na szczęście spożytkować ogromu pracy funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Owszem, SB dostarczała cennych danych, ale nie potrafiono ich wykorzystać na potrzeby kampanii wyborczej.
Niewiele pomógł również zwykły szantaż. Kiedy niedługo przed wyborami rządzący zorientowali się, że mogą one wypaść zdecydowanie mniej korzystnie, niż się spodziewano, sięgnęły po zawoalowane groźby. Przykładowo, na początku czerwca Józef Czyrek (członek Biura Politycznego i sekretarz KC) sugerował, że jeśli lista krajowa nie przejdzie, to PZPR nie tylko zaskarży wynik wyborów, ale uzna też, iż zostały złamane porozumienia Okrągłego Stołu. W efekcie niektórzy przedstawiciele hierarchii kościelnej i Solidarności wezwali do dania szansy kandydatom koalicji z listy krajowej, np. w przeddzień wyborów Lech Wałęsa oświadczył, że skreśli z niej tylko jedną osobę. Jednak i te nieformalne, zakulisowe zabiegi nie pomogły. Sprawdziły się oceny dziennikarzy „prasy centralnej”, którzy twierdzili, że lista krajowa jest „kartą straceńców”.
Autor jest pracownikiem Biura Edukacji Publicznej IPN
Cały tekst w tygodniku "Gazeta Polska"