Od pierwszych zapowiedzi premiera o konieczności zreformowania służb specjalnych minął prawie rok. Przypomnijmy, że zapał reformatorski wzmógł się po wybuchu afery Amber Gold (notabene brak jeszcze wyjaśnienia, kto na piramidzie finansowej zarobił w pierwszym roku jej funkcjonowania). Fakt, że przygotowanie ustaw trwało tak długo, zastanawia i inspiruje do snucia domysłów. Co tak bardzo zajmowało planistów rządowych, że potrzebowali prawie dwunastu miesięcy na napisanie kilku nowych rozdziałów w ustawach o służbach specjalnych? Na przykładzie ustawy o ABW spróbuję przyjrzeć się owej „reformie”.
Policja kontra KGB
Zasadnicze zmiany, które odnajdujemy w ustawie, są związane z podporządkowaniem szefa ABW ministrowi spraw wewnętrznych, likwidacją Kolegium ds. Służb Specjalnych, powołaniem Komitetu Rady Ministrów ds. Bezpieczeństwa Państwa. Zawężone zostaje także pole działania ABW, gdyż wyłączono działania antykorupcyjne i przeciwko przestępczości zorganizowanej. Według twórców ustawy jasne rozdzielenie kompetencji nakazuje, aby całość pracy nad tym zagrożeniem znalazła się w Centralnym Biurze Śledczym. Ktoś mógłby powiedzieć, że przestępczość zorganizowana to obszar jurysdykcyjny policji. Ale nasza policja od lat nie podejmuje walki z najgroźniejszą przestępczością i ciągle kapituluje wobec tych, którzy zamordowali gen. Marka Papałę. Co więcej, Polska znajduje się w strefie wpływów mafii rosyjskiej. Jej struktury wyjątkowo obficie nasycone są osobnikami, którzy szkolili się i pracowali na rzecz sowieckich, a później rosyjskich służb specjalnych. Wystawienie przeciwko nim nawet najlepszych polskich policjantów z CBŚ nie może przynieść oczekiwanych efektów. Świat służb specjalnych i ich metody pracy pozostają dla policji niezrozumiałe, niewykrywalne i poza realnym zasięgiem. Wycofanie polskich służb z tego obszaru jest dużym błędem. Tym bardziej że w naszej rzeczywistości przestępczość zorganizowana jest o wiele większym zagrożeniem dla struktur państwa niż np. terroryści.
Ułatwianie życia szpiegom
Nie wyposażono służb w żadne nowe metody pracy umocowane w ustawie. Co więcej, służby pozostają w epoce „środków przymusu bezpośredniego” i „kontroli operacyjnej”, tak jakby nie zmienił się świat przestępczy. Podstawą sukcesów rozpracowywania szpiegów na Zachodzie jest stosowanie za zgodą prokuratora tzw. tajnego przeszukania bagażu, pomieszczenia lub samochodu. W ten sposób kontrwywiad zdobywał dowody w największych sprawach szpiegowskich w państwach demokratycznych, szczególnie gdy je prowadził przez wiele lat. A w naszym kraju rozpracowanie działalności najgroźniejszych przestępców musi się zakończyć w trzy miesiące (tylko na tyle dostanie ABW zgodę na podsłuch w normalnym trybie) i w żaden sposób nie można wejść do mieszkania terrorysty bez jego wiedzy. Nie wspomnę o tym, że badanie historii łączności wykrytego szpiega lub terrorysty sięgnie co najwyżej 12 miesięcy, bo tylko tyle czasu są przechowywane billingi. Pozostał natomiast kwiatek, którego funkcjonowanie w służbach od lat budzi grozę. Wyobraźmy sobie, że mamy ściśle tajną sprawę szpiegowską i potrzebny jest plan architektoniczny, aby założyć podsłuch. I co? Składamy jawny wniosek do jakiegoś urzędu. Alternatywą jest werbowanie panienki w okienku do tajnej współpracy. W ten sposób mogła funkcjonować Służba Bezpieczeństwa, bo im było obojętne, ile osób zostanie zwerbowanych „do sprawy”. Później mogą się przydać. Tak nie można myśleć w służbach państwa demokratycznego. Innym elementem, który urąga zasadom konspiracji, a ciągle jest podtrzymywany w polskim prawie, jest rozprzestrzenianie wiedzy o założonych podsłuchach. Obecnie służby nie mogą założyć podsłuchu bez wiedzy osób pracujących u operatora. Czy to przekracza możliwości państwa? Czy operator musi wiedzieć, kto jest podsłuchiwany? Albo z innej strony patrząc, możemy spytać: czy jest to wiedza atrakcyjna dla obcych służb specjalnych lub mafii?
System się nie zmienia
Służby ciągle pozostają w systemie stworzonym na początku lat 90. XX w., gdy na kształt ustawy o Urzędzie Ochrony Państwa wpływały osoby zainteresowane ukształtowaniem służb słabych i nieskutecznych. Służby nie potrafią wyzbyć się struktur osobowych utworzonych jeszcze pod auspicjami Służby Bezpieczeństwa i Zarządu II. Obowiązujące przepisy szczegółowe, instrukcje, terminologia są nadal w większości kompatybilne z oprzyrządowaniem prawnym funkcjonującym w PRL (zob. przepisy socjalne dot. funkcjonariuszy, np. dodatek na malowanie). Powstaje retoryczne pytanie: czy istnieje lobby, które dba, aby kształt służb się nie zmienił? Nie stworzono przepisów, które w znaczny sposób wpłynęłyby na nepotyzm w służbach i promowanie osób znajomych a niekompetentnych.
Cały artykuł ukazał się w „Gazecie Polskiej”
*Andrzej Kowalski – pułkownik, były p.o. szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego