Steaua Bukareszt - Legia Warszawa 1:1 (1:0)
Bramki: dla Steauy - Federico Piovaccari (34); dla Legii - Jakub Kosecki (53).
Spotkanie poprzedziła minuty ciszy, poświęcona pamięci Costicy Stefanescu. Były piłkarz reprezentacji Rumunii (66 występów w kadrze) i Steauy, który cierpiał na chorobę nowotworową, popełnił samobójstwo w wieku 62 lat.
W ekipie z Bukaresztu zabrakło w środę czołowego obrońcy Vlada Chirichesa, którym interesują się zagraniczne kluby, zwłaszcza Tottenham Hotspur. Z kolei trener Legii Jan Urban nie mógł skorzystać z kontuzjowanego Bartosza Bereszyńskiego.
Pierwsza połowa stała pod znakiem dominacji gospodarzy. Już w 11. minucie sam przed Dusanem Kuciakiem znalazł się Włoch Federico Piovaccari, ale lepszy okazał się bramkarz Legii.
Przed przerwą Słowak jeszcze kilka razy ratował swój zespół, m.in. w 33. minucie, gdy nie dał się pokonać Cristianowi Tanase. Kilkadziesiąt sekund później był jednak bezradny po akcji Rumunów - Piovaccari znalazł się sam przed Kuciakiem i umiejętnie go przelobował.
Pierwszą groźną akcję legioniści przeprowadzili w 45. minucie, ale po uderzeniu głową Jakuba Wawrzyniaka skuteczną interwencją popisał się bramkarz Ciprian Tatarusanu.
Do przerwy podopieczni Urbana zanotowali więc taki sam rezultat jak w wyjazdowych meczach w poprzednich rundach - z walijskim The New Saints FC i norweskim Molde FK. W tamtych spotkaniach mistrzowie Polski lepiej i skuteczniej grali w drugiej połowie.
W Bukareszcie historia się powtórzyła. Już w 53. minucie Legia wyrównała po szybkiej akcji Miroslava Radovica i trafieniu Jakuba Koseckiego. Wkrótce potem 23-letni skrzydłowy znów zdobył gola, ale był na pozycji spalonej i sędzia nie uznał bramki.
Najlepszy zespół Rumunii minionego sezonu próbował swoich szans m.in. w licznych dośrodkowaniach z rzutów rożnych, ale obrońcy Legii bez większych kłopotów wygrywali pojedynki w powietrzu. Steaua stworzyła jeszcze kilka sytuacji w końcówce spotkania, jednak brakowało jej skuteczności albo pewnie interweniował Kuciak.
Dzięki korzystnemu wynikowi legioniści stoją przed wielką szansą awansu do Ligi Mistrzów jako pierwszy polski zespół od lata 1996 r. Wówczas ta sztuka udała się łódzkiemu Widzewowi, który zresztą grał później ze Steauą w fazie grupowej (0:1, 2:0).