Czy w Polsce obowiązuje klauzula sumienia
Wolność sumienia lekarzy, którzy nie chcą dokonywać aborcji, ma być w Polsce chroniona „klauzulą sumienia”. Ale jak pokazuje spór z krakowskiego szpitala specjalistycznego im. Ludwika Rydygiera, polskie prawo wcale sumienia lekarzy nie broni, i w ist
Autor: Tomasz Terlikowski
Spór o rozumienie, a dokładnie o zasady praktykowania „klauzuli sumienia”, rozpoczął się w krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. L. Rydygiera w roku 2012. To wtedy NFZ zaczął kierować do niego więcej kobiet, u których wykonana miała być aborcja (w 2012 r. było ich siedem, co było liczbą dwukrotnie większą niż w poprzednich dwóch latach). I wtedy jeden z anestezjologów (a także dwoje innych pracowników szpitala) złożył jasną, pisemną deklarację, że odmawia uczestnictwa w zabiegach terminacji ciąży. I choć od dawna przekonuje się nas, że możliwość taka istnieje, to gdy szpital zaczął dosłownie egzekwować zapisy prawne, okazało się, że jest ona, w istocie, fikcją. I że szpital, jeśli tylko chce, może wymuszać współuczestnictwo lekarza w aborcji.
Pozorna klauzula sumienia
Aby dobrze zrozumieć sytuację, trzeba zacytować art. 39 Ustawy o zawodzie lekarza i dentysty, w której znajduje się zapis dotyczący klauzuli sumienia. „Lekarz może powstrzymać się od wykonania świadczeń zdrowotnych niezgodnych z jego sumieniem, z zastrzeżeniem art. 30, z tym że ma obowiązek wskazać realne możliwości uzyskania tego świadczenia u innego lekarza lub w podmiocie leczniczym oraz uzasadnić i odnotować ten fakt w dokumentacji medycznej. Lekarz wykonujący swój zawód na podstawie stosunku pracy lub w ramach służby ma ponadto obowiązek uprzedniego powiadomienia na piśmie przełożonego” – zapisano w dokumencie.
A dyrekcja szpitala im. Rydygiera potraktowała ten zapis dosłownie. I dlatego, choć dyrektor ds. lecznictwa lek. med. Bożena Kozanecka zastrzega, że do niczego lekarza nie będzie zmuszać, to jednocześnie wymaga, by za każdym razem „pochylił się on nad problemem” i zastanowił, czy tym razem może jednak uczestniczyć w procedurze zabijania dziecka. A jeśli zdecyduje, że nie może tego zrobić, to ma najpierw poinformować o tym pacjentkę, a później wskazać zastępcę, który za niego przyczyni się do zabicia niewinnego dziecka. W efekcie lekarz nie tylko za każdym razem musi uzasadniać swoją decyzję, ale też współuczestniczyć w aborcji poprzez wskazanie swojego zastępcy.
Lekarz zdecydował się więc na drogę prawną i skierował do szpitala pismo, w którym oświadcza, że odmawia uczestnictwa w zabiegach przerywania ciąży, a szpital odpowiedział mu drugim pismem, w którym informuje go, że nie ma on takiego prawa. Skąd taki upór w literalnym egzekwowaniu zapisów ustawy? Odpowiedzi udzieliła dr Kozanecka portalowi Rynekzdrowia.pl, podkreślając, że nie może zwolnić lekarza z uczestnictwa w zabijaniu, albowiem „w szpitalu, który ma podpisaną umowę z NFZ na tego typu zabiegi, nie mogę czynić wyłomu i zwalniać lekarza – jak gdyby a priori – z pewnych zadań”. Takie wyłączenie wprowadziłoby także zły nastrój w zespole, a lekarze zaczęliby się porównywać moralnie. Opinia ta pokazuje zupełnie jednoznacznie, że pani dyrektor uznała, jak Piotr Wierchowieński z „Biesów” Fiodora Dostojewskiego, że warunkiem „dobrej współpracy” w szpitalu jest to, by wszyscy lekarze mieli krew na rękach, by wszyscy uczestniczyli w zabijaniu...
Wykluczenie katolików z zawodu...
Na razie sprawa nie jest jeszcze rozstrzygnięta, a dyrektor zapewnia, że lekarz nie poniósł konsekwencji zawodowych. Ale trzeba mieć świadomość, że już samo to, że do takiego sporu doszło, oznacza, że w istocie zapisy o klauzuli sumienia są martwe. Jeśli bowiem szpital zaczyna je dosłownie egzekwować, to oznacza to, że każdy lekarz (którego celem, dodajmy, jest leczenie, a nie zabijanie) musi uczestniczyć – w imię źle pojętej „solidarności w zbrodni” – w zabójstwach prenatalnych albo wskazywać swojego zastępcę. W efekcie wierzący i poważnie traktujący swoją wiarę katolicy muszą odejść z pracy. A w klinikach pozostaną tylko lekarze godzący się na rolę aborterów.
Zapisy prawne, które wymagają, by lekarz za każdym razem uzasadniał, dlaczego nie będzie uczestniczył w aborcji, są też absurdalne. Odmowa zabijania dzieci związana jest bowiem z uznaniem, że aborcja nie jest zabiegiem medycznym, że niczego ona nie leczy, a jest zwyczajnym zabiciem żywego człowieka. Nie istnieją zatem powody, dla których trzeba by się „pochylać” nad przypadkiem aborcyjnym. Każdy jest bowiem zabójstwem, i nic go nie usprawiedliwia. Nie jest także dopuszczalne zmuszanie lekarza, by ten wskazywał swojego zastępcę w zbrodni. W ten sposób czyni się go bowiem współodpowiedzialnym za zabicie człowieka. I nic z niego tej odpowiedzialności zdjąć nie może. Dyrektor szpitala, ale przede wszystkim ustawodawca, musi to brać pod uwagę. Jeśli odmawiam zabicia kogoś na zlecenie, to nie można mnie zmusić, bym wskazał podwykonawcę, oznacza to bowiem wciągnięcie mnie w cały proceder zabójstwa.
… jako cel środowisk aborcyjnych
I niestety wiele wskazuje na to, że właśnie wykluczenie osób wierzących z zawodu lekarza (a przynajmniej ginekologa–położnika) jest jednym z realizowanych właśnie celów. Nie ukrywa tego szczególnie wykładowca etyki na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym prof. Paweł Łuków, który podkreślał w TVN 24, że „lekarze, którzy nie chcą dokonywać aborcji, nie powinni zostawać ginekologami”. A jeśli nie można im tego zakazać, to trzeba odpowiednio ich uformować na etapie studiów. I on sam to robi. – Oni przychodzą na moje zajęcia zazwyczaj już z jakimiś tam poglądami i część trzeba troszeczkę skorygować, część trzeba rozszerzyć – stwierdził Łuków. Co to oznacza w praktyce? Otóż tyle, że w ramach zajęć z etyki medycznej wykładowcy przekonują lekarzy, że zabójstwo prenatalne wchodzi w zakres ich obowiązków, a sprzeciw sumienia nie ma tu znaczenia.
Na razie, i z tego trzeba się cieszyć, inaczej niż np. w Kanadzie, aborcja nie jest obowiązkowym elementem wykształcenia lekarzy, a większość szpitali w praktyce ignoruje szczegółowe zapisy ustawy i pozwala lekarzom wyłączyć się z części zabiegów, które niezgodne są z ich sumieniem za pomocą jednego oświadczenia. Dzięki zwyczajowi prawa katolików są więc chronione. Ale jak pokazuje sprawa szpitala im. Rydygiera, wynika to jedynie z dobrej woli kierownictwa, a nie z zapisów prawa. Jeśli zaś tak jest, to trzeba domagać się od polityków błyskawicznej zmiany prawa. Może chodzić zarówno o ustawę aborcyjną, jak i ustawę o zawodzie lekarza i dentysty. Klauzula sumienia nie będzie przecież potrzebna, jeśli zakażemy w ogóle aborcji. Jeśli jednak posłowie chcą ją za wszelką cenę zachować, to powinni przynajmniej zagwarantować lekarzom możliwość realnej odmowy uczestnictwa w tego typu działaniach. Często podkreślający swoją postawę pro life posłowie PO nie powinni mieć nic przeciwko temu...
Jeśli zaś nic w tej sprawie się nie wydarzy, to będziemy mieli kolejny dowód na to, że w Polsce najbardziej fundamentalne prawa człowieka są łamane. I nikt przeciw temu nie protestuje, jeśli tylko osoba, której prawa są łamane jest katolikiem.
Autor: Tomasz Terlikowski