Koszulka NIEMIECKO - RUSKA SZAJKA TUSKA Zamów już TERAZ!

Dwadzieścia lat z wariatami

Dzisiaj, na 20-lecie, zamiast wciskanych Państwu na co dzień bzdur, pora napisać dla odmiany parę słów prawdy o „Gazecie Polskiej”. Niech nasi wrogowie uważnie czytają – dostają spore kompendium kompromitującej nas wiedzy.

arch.
Dzisiaj, na 20-lecie, zamiast wciskanych Państwu na co dzień bzdur, pora napisać dla odmiany parę słów prawdy o „Gazecie Polskiej”. Niech nasi wrogowie uważnie czytają – dostają spore kompendium kompromitującej nas wiedzy. Tylko u nas dowiecie się, jak dzięki młodemu reporterowi Sakiewiczowi policja aresztowała ochronę urzędującego prezydenta i co w jego lodówce robił telefon agenta służb specjalnych? Kto zbił wazę w Białym Domu? Czy redaktor „Gazety Polskiej” jest Leninem? Z okazji 20-lecia „Gazeta Polska” ujawnia swoje prawdziwe, kompromitujące oblicze.

Dziś „Gazeta Polska” jest już instytucją. Ale w 1993 r. jej powołanie przez Piotra Wierzbickiego i jego współpracowników wydawało się szaleństwem. Gdyby nie ludzie, którzy wyłożyli po 400 zł na udziały w wydawnictwie, nie byłoby pierwszego numeru. Gdyby ten się nie sprzedał, nie byłoby drugiego. Pierwsze rewizje, włamania, sprawy prokuratorskie, podsłuchy – tak zaczynała się nasza historia. Rozpocznijmy ten chaotyczny i niechronologiczny przegląd od anegdoty z tamtych czasów.
Rok 1995. W Pałacyku Sobańskich przy Al. Ujazdowskich mieszczą się sztaby kandydatów na prezydenta – Jana Olszewskiego i Lecha Wałęsy. Trwa spór własnościowy dotyczący pałacyku.
Pewnej nocy ochroniarze Wałęsy wpadają do sztabu Olszewskiego i demolują go pod pretekstem... remontu, do którego – jak twierdzą – mają prawo. Młody, wysportowany, brodaty reporter Tomasz Sakiewicz pokonuje 2,5-metrowy płot, wbiega na teren pałacyku i robi zdjęcia zdemolowanego sztabu. Dochodzi do szarpaniny z ochroniarzami, w której traci aparat fotograficzny. Dzielnie broni go redakcyjna koleżanka Kaja Bogomilska.

Ochroniarze urzędującego prezydenta są bardzo butni i pewni, że im wszystko wolno. Wzywają policję. Ta przyjeżdża i natyka się na Tomka. Ten błyskawicznie przejmuje inicjatywę i mówi: – Dzwoniłem po was, dziękuję, że jesteście. Łapcie tych bandytów, co zdemolowali sztab jednego z kandydatów.
Policjanci głupieją i nie wiedzą, komu wierzyć. Ten, którego mieli zamknąć, jest grzeczny i kulturalny. A ochroniarze Wałęsy – ordynarni. Grożą policjantom „Mietkiem Wachowskim”. W pewnym momencie jeden z nich, zdenerwowany niezdecydowaniem policjanta, krzyczy do niego: „Sp...j! ”.
Tego dowódca akcji ma dość. Za chwilę na miejsce wjeżdża osiem radiowozów, z których wypada grupa interwencyjna w kominiarkach, która wywozi ochronę prezydenta... na dołek. Wypuszczają ją dopiero następnego dnia.

Czy świadek spotkał się z opinią, że Lenin jest wiecznie żywy?
Czy jakaś inna redakcja w Polsce zajmowała się kiedykolwiek sponsorowaniem zakupu sarkofagu Lenina? Wątpię, a „GP” przydarzyło się to za sprawą autora tego tekstu.
Rok 2002. Rozprawa przed poznańskim sądem.
Obwiniony Piotr Lisiewicz:
– Czy świadek spotkał się z opinią, że Lenin jest wiecznie żywy?
Komisarz policji Janusz Wiśniewski:
– Tak, spotkałem się z taką opinią.
Obwiniony:
– A czy świadek podziela tę opinię?
Sędzia Marta Michałek:
– Sąd uchyla pytanie.
Obwiniony:
– Czy świadek był członkiem PZPR lub funkcjonariuszem MO?
Komisarz:
– Czy muszę odpowiadać?
Sędzia:
– Co to ma do rzeczy?
Obwiniony:
– Wysoki Sądzie, sprawa ma niezwykle ważne znaczenie dowodowe. Jeśli świadek był w PZPR lub MO, to musiał znakomicie znać się na Leninie i nie mógł go z nikim pomylić!
Skąd wzięła się ta kuriozalna wymiana zdań? Jak pamiętają starsi Czytelnicy, stanąłem wówczas przed sądem pod zarzutem: „…umyślnie wprowadził funkcjonariusza policji w błąd co do tożsamości własnej, informując, że nazywa się Włodzimierz Iljicz Lenin”.
Proces był efektem happeningu zorganizowanego przez moją Akcję Alternatywną Naszość w rocznicę rewolucji październikowej. Uzbrojeni w tekturowy krążownik „Aurora” i drabinę postanowiliśmy dokonać szturmu na Pałac Zimowy – biuro SLD. Policja wzięła zapowiedź na serio i odwieziono nas na komisariat. W czasie legitymowania poinformowałem komisarza Wiśniewskiego, że nazywam się Włodzimierz Iljicz Lenin.
Linia obrony jest następująca: nie wprowadziłem policjanta w błąd, bo faktycznie jestem Leninem, a konkretnie trzecią inkarnacją wodza rewolucji, w co mam prawo wierzyć, bo konstytucja gwarantuje mi wolność wyznania.
Na jedną z rozpraw Lenin przyniesiony zostaje we wspomnianym szklanym sarkofagu prosto z Mauzoleum. Wnoszących do sądu trumnę zatrzymują... antyterroryści w kominiarkach.
Na kolejną przybywam w leninówce na głowie z 53 tomami „własnych” dzieł. Wniosek dowodowy: odczytać je podczas rozprawy w całości, by sąd porównał moje poglądy z poglądami Lenina i uprawdopodobnił, czy mogę być faktycznie wodzem rewolucji.
Pada też wniosek o przesłuchanie biegłych – kilkunastu polityków SLD, którzy pisali o Leninie. Dowód: artykuł z „Gazety Polskiej” z odpowiednimi cytatami.
Ostatecznie sąd uniewinnia mnie, stwierdzając, iż „z racji na fakt, że Lenin jest postacią historyczną i ogólnie znaną, wziąwszy pod uwagę, że świadkowi znana była wcześniej postać Piotra Lisiewicza, należy obwinionego uniewinnić, gdyż nie jest możliwe, żeby wprowadził funkcjonariusza policji w błąd”. Jak wiem nieoficjalnie, w sprawie wyroku naciski na panią sędzię wywierał prezes sądu. Miał on ją poinformować, że wychodzi na idiotę, tłumacząc się w telewizji z sądzenia Lenina.

Oddajcie sweterek mojego psa!
Wśród licznych oryginałów w naszej redakcji największym, absolutnie pozbawionym pozerstwa, był śp. Jacek Kwieciński. Latem teksty pisał – jak zawsze odręcznie – leżąc na podłodze redakcyjnego balkonu i odpalając jednego papierosa od drugiego. Często więc bywał na owym balkonie zamykany i długo uderzał w szybę, zanim ktoś go wypuścił.
Jacek – syn oficera AK i WiN – był zapewne najlepszym w Polsce znawcą Ameryki. Z pewnością wiedział o niej więcej niż którykolwiek z szefów dyplomacji III RP. Jak wspominała po jego śmierci Anita Gargas, kiedyś pojechał on jako wysłannik „GP” na szczyt NATO w Budapeszcie. Na konferencji prasowej sekretarza stanu USA zadawał celne pytania, świadczące o drobiazgowej znajomości problematyki. Przez tę chwilę dyskutował z Colinem Powellem jak równy z równym, wprawiając go w konfuzję. Ale dzięki temu zwrócono uwagę na nieznanego redaktora z Polski, a „Gazeta Polska” zdobyła pozycję pisma najlepiej w naszym kraju zorientowanego w sprawach Stanów Zjednoczonych.
W samej Ameryce Jacek dokonać miał, wedle relacji świadków, małej demolki, a mianowicie zbił ponoć jakąś cenną wazę w Białym Domu. Gdy wyleciał do Ameryki, zostawił pod opieką Kasi Hejke swojego psa – miniaturowego kundla. Był on ubrany w sweterek nie pierwszej świeżości, więc opiekunka postanowiła go wyprać. Gdy Jacek wrócił, spojrzał na nią oburzony: – Gdzie jest ulubiony sweterek mojego psa?! Jak się okazało, nie poznał go po praniu, które przywróciło mu czerwony kolor.

Tajny agent i telefon ukryty w lodówce
Historia z roku 2012. Tomek Sakiewicz spotyka się w swoim mieszkaniu z dwoma byłymi oficerami służb specjalnych. Mają dla niego informacje wielkiej wagi. Panowie czynią tajemnicze zabiegi uniemożliwiające podsłuchanie rozmowy. Po przekazaniu owych rewelacji wychodzą, a redaktor Sakiewicz jedzie na Filtrową.
Tymczasem do mieszkania przychodzi sprzątaczka, która ma ogrom pracy z racji pomysłowości bliźniaków Sakiewiczów. Nagle dzwoni domofon. Stalowy, męski głos informuje ją, że musi wejść do domu i zabrać telefon komórkowy z... lodówki.
Ta uznaje, że to jakiś żart. Mężczyzna w garniturze tłumaczy jej, że jest całkiem zrównoważony, a sprawa jest wielkiej wagi, więc musi go wpuścić. W końcu pada argument: – Pani nie wie, dla kogo pracuje?Wiem. – To powinna pani wiedzieć, że jeśli chce się z redaktorem porozmawiać bez ryzyka podsłuchu, chowa się telefon do lodówki.
Sprzątaczka przeszukuje lodówkę, ale telefonu ani widu, ani słychu. Podejrzliwie patrzy na agenta. W końcu jest! – wyjmuje z zamrażalnika podłużny przedmiot przypominający kształtem telefon. Nie, to zamarznięta wątróbka.
Dopiero telefon pani sprzątaczki do Tomka pomógł ustalić, że zabrał on komórkę do redakcji, by skontaktować się z właścicielem. Tam dochodzi do przekazania aparatu tajnego agenta.

Od was pieniędzy nie chcę
Wariatów było u nas zawsze w nadmiarze, bo kto inny pisałby w gazecie, w której płacą nierewelacyjnie i z opóźnieniem? Gdy Maciej Rybiński zaczął pisać do „Gazety Polskiej”, był pierwszym polskim felietonistą, o którego rywalizowały o wiele bogatsze od nas tytuły. Gdy Tomek zapytał go, za ile zgodziłby się pisać dla nas, ten odpowiedział od razu: od was pieniędzy nie chcę. Jak kiedyś będziesz miał, to wtedy mi zapłacisz. Tomek uznał to za zobowiązanie: gdy „Gazeta Polska” rozwinęła skrzydła, została jednym z fundatorów nagrody „Złotej Ryby”.

Górale z Poznania napadają na rosyjski konsulat
Jest luty 2000, Putin od paru miesięcy masakruje Czeczenię. Świat milczy. Organizujemy działający w wielu miastach Komitet Wolny Kaukaz. W Poznaniu w narodowe czeczeńskie święto 23 lutego wskakujemy przez płot na teren konsulatu rosyjskiego, ściągamy z masztu rosyjską flagę i wciągamy na jej miejsce czeczeńską.
Zaskoczona policja przyjeżdża z opóźnieniem i widzi otwartą furtkę konsulatu – pracownik nacisnął bowiem domofon, aby przechodzący górą kolega spadł z niej. Policjanci nie rozumieją, co się stało, i poprzestają na spisaniu nas. Po czym jeden z nich, były milicjant, wyraźnie znudzony, zgłasza się do mnie, wygłaszającego oświadczenie o powodach protestu: – Lisiewicz, moglibyście już pójść? My chcemy do domu.Oczywiście! – odpowiadam.
Następnego dnia rano budzi mnie telefon dziennikarza Radia Zet Bartłomieja Szambelana: – Putin o was mówił. Ale sekretarz generalny NATO was broni.
Budzę kolegów, by zwołać konferencję prasową pod Pomnikiem Katyńskim. Potem wyjazd do Warszawy i konferencja pod Pomnikiem Pomordowanych na Wschodzie, gdzie występuję w za luźnej marynarce Tomka Sakiewicza.
Tymczasem media na całym świecie mówią o napiętej sytuacji w Rosji i Polsce, sejm obraduje na nasz temat, a wersje wydarzeń są zgoła fantastyczne.W małym, cichym miasteczku Poznań, grupa górali napadła na rosyjski konsulat” – pisze jedna z rosyjskich gazet.

„Gazeta Kibolska”
„Gazeta Polska – gazeta kibolska” – ten artykuł Wojciecha Czuchowskiego z 2011 r. zaczynający się od słów „Stadionowi bandyci mają poważne wsparcie »Gazety Polskiej«” przyniósł wiele nieprzewidzianych przez autora skutków.
Wkrótce potem kibice Śląska Wrocław porządkują mogiły żołnierzy AK i WiN na Cmentarzu Osobowickim. Idzie z nimi pisząca w „GP” Ula Radziszewska. – A, „Gazeta Kibolska”? Zapraszamy – mówią dwaj dwumetrowi kibice stojący przy bramie cmentarza. Po chwili zbliżają się do niej dwaj reporterzy lokalnej prasy. Dwumetrowcy nic nie mówią, tylko patrzą im głęboko w oczy. Reporterzy bez słowa odchodzą.
Podobnie w czasie antyrządowej manifestacji instruuje kibiców nasz przyszły autor Piotr Staruchowicz: – Jest z nami paru chłopaków z mediów, które zawsze były nam przychylne. Z „Gazety Polskiej”, pamiętajcie tutaj, żeby ich nie przeganiać.
Gdy Piotr trafił za kratki, dziennikarze mediów prorządowych, wielokrotnie rozmawiając z kibicami Legii, podawali się za dziennikarzy naszej redakcji, żeby uzyskać wypowiedź.
Historia naszego wspierania ruchu kibicowskiego to kopalnia anegdot, którymi można by zapełnić oddzielny tekst. Choćby tych pokazujących wzajemne poznawanie się pomiędzy naszymi klubowiczami i kibolami. Dzwoni do mnie pewien zasłużony profesor z jednego z klubów i pyta, czy mogę mu doradzić, jakie osoby cieszące się autorytetem w ruchu kibicowskim mógłby zaprosić do udziału w pewnym bardzo honorowym komitecie. Trafia na mój dobry humor: – Za moich czasów, jak trochę jeździłem na Lechu na wyjazdy, największym autorytetem cieszyli się Killer, Zbrodniarz, Siekiera i Ryjok.
Okazuje się, że nie do końca o te osoby chodziło...


Cały tekst zawierający znacznie więcej anegdot i historii redakcyjnych można znaleźć w najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska"

 



Źródło: Gazeta Polska

 

prenumerata.swsmedia.pl

Telewizja Republika

sklep.gazetapolska.pl

Wspieraj Fundację Niezależne Media

Piotr Lisiewicz
Wczytuję ocenę...
Wideo