„Gdy nie wiadomo, jak się zachować, na wszelki wypadek trzeba zachować się przyzwoicie” – brzmi słynny bon mot Antoniego Słonimskiego. Choć, przyznajmy, sam autor nie zawsze się do niego stosował i jakoś nie zaszczepił tej maksymy swojemu „wielkiemu sekretarzowi” Aaaadasiowi.
Być może upadek przyzwoitości w życiu publicznym jest najcięższym spadkiem po komunie czerpiącej inspirację ze zgoła innego ducha. Tam także obowiązywała przyzwoitość – tylko jaka? Oczywiście klasowa, grupowa, partyjna. Nieetyczne byłoby oplucie towarzysza (przynajmniej tak długo, jak pozostaje towarzyszem), ale wroga – jak najbardziej! Wobec przeciwnika wszelkie metody były dozwolone, a widzenie w nim człowieka, dopatrywanie się jakichś cząstkowych nawet racji – karygodne i szkodliwe.
Co trzeba zrobić, żeby doprowadzić się do takiego stanu – nie wiem. Codziennie słowami ballady Przemka Gintrowskiego modlę się do Boga, aby zachował mnie od nienawiści i pogardy, ale coraz trudniej to przychodzi w zderzeniu z morzem zła. Morzem, które wydawało się pokonane. Można nie zgadzać się z kimś politycznie, polemizować – to oczywiste, ale cieszyć się, gdy ten traci pracę? Być może moje zdziwienie zakrawa na głupotę – słyszałem o środowiskach, w których po katastrofie smoleńskiej strzelały korki od szampana…
Jednak się dziwię. Nieustannie. Dziwię się, kiedy moja koleżanka z dawnej Trójki Magdalena Bayer wśród powodów wystąpienia z SDP podaje nasze upomnienie się o Cezarego Gmyza i jego kolegów wypędzonych z pracy.
Przecież to nasz obowiązek, tak samo upomnielibyśmy się o Ciebie. Czy uważasz, że właściwsze byłoby zebranie potępiające, odcinające się?... Tyle że to byłby już nie powrót do soft komuny Gierka, ale do czystego stalinizmu.
Oczywiście zaraz pojawia się kontrargument – przecież wy też nie jesteście bezstronni, przypinacie nieakceptowanym kolegom po fachu łatkę Hien Roku. Prawda. Ale nie ma żadnej równorzędności między wytknięciem komuś nierzetelności zawodowej a pozbawieniu człowieka pracy, i przy okazji prawa do obrony. Żadnej z nominowanych czy tylko potencjalnych Hien krzywda nie grozi, może jedynie drobny dyskomfort (choć na pewno nie we własnym środowisku), pracy nie stracą, a może nawet awansują na jakiegoś rzecznika, konsultanta... Ci, którzy w „państwie miłości” utracili pracę – myślę o kolegach wyrzuconych z telewizji, radia czy prasy – nie wylatywali za przesadny serwilizm, kierowanie się rządzą zysku czy taniego poklasku – wylatywali za odwagę, za ryzyko narażenia się wielkim tego świata. Sens stowarzyszeń twórczych polega m.in. na tym, aby takich ludzi chronić. Oportuniści i kanalie dadzą sobie radę w każdej sytuacji.
I jeszcze jedno – my nie jesteśmy bezkrytyczni wobec siebie. Mimo całej sympatii i podziwu dla Waldka Łysiaka nie waham się powiedzieć, że atakując z furią, choćby i w dobrej wierze, zmarłego Józka Szaniawskiego, granice przyzwoitości przekroczył. Mam nadzieję – na chwilę!