„Bóg chciał stworzyć świat w 30 dni, Chuck Norris dał mu tylko 6”. Są dowcipy o blondynkach, jest też osobna kategoria dowcipów o Norrisie. Jeśli można mówić o kimś, że jest ikoną popkultury, to właśnie o nim, mistrzu kopnięcia z półobrotu. Podobnie Terminator. Filmy z Arnoldem Schwarzeneggerem zarobiły 3 mld dol. Czy kogoś może dziwić, że po ośmioletniej przerwie na bycie gubernatorem Kalifornii Terminator powrócił? Mechanizmy popkultury doskonale rozumie Sylvester Stallone. Dwa lata temu zebrał więc oldskulową ekipę idoli kina akcji lat 80. i nakręcił „Niezniszczalnych”. Film zarobił 300 mln dol.
„Niezniszczalni 2” zarobią pewnie jeszcze więcej.
Dobry reżyser imprezy z publicznością wie, kogo po kim wpuścić na scenę, żeby zainteresowanie rosło. „Nieśmiertelni 2” składają się właściwie z takich kolejnych wejść. Swoje wejście ma Bruce Willis, ma swoje Schwarzenegger (nawet dwukrotne), ale najmocniejsze jest wejście mistrza półobrotu. Chuck Norris, strażnik Teksasu o twarzy smutnej lamy, pojawiając się na ekranie, łamie w tak absurdalny sposób reguły prawdopodobieństwa, że wywołuje prawdziwe salwy śmiechu.
„Nieśmiertelnych 2” ogląda się nieźle, mimo że fabuła jest do bólu przewidywalna. Najbardziej zabójcza grupa najemników na świecie mści się za zamordowanie współtowarzysza na brutalnym i cynicznym przestępcy, przy okazji ratując świat przed atomową apokalipsą. Jednak gdyby to było jedynie ociekające testosteronem kino klasy B, film musiałby być porażką. Na szczęście jest żartem, rodzajem gry z konwencją filmów akcji lat 80. Stallone dzięki autoironii przekuł największą słabość swojej ekipy na zaletę. Bowiem podstarzali herosi po prostu przegrywają walkę z czasem. Niektórzy wręcz chodzą z trudem. Na ich twarzach wyraźnie widać botoks i operacje plastyczne. Trudno się dziwić. Mają swoje lata. Bruce Willis (57 l.), Arnold Schwarzenegger (65 l.), Chuck Norris (72 l.), Jean-Claude Van Damme (53 l.), Sylvester Stallone (63 l.). Jest też co prawda młodziutki Liam Hemsworth, idol nastolatek, gwiazda „Igrzysk śmierci”.
Jest piękna kobieta (Nan Yu), jest nawet Novak Djoković. Ale nie oni grają pierwsze skrzypce.
Mięśniaki z brzuszkiem – średnia wieku pierwszoplanowej piątki to 62 lata – nie są zdolni do wyczynów sprzed trzech dekad. Simon West („Lot skazańców”, „Tomb Raider”) i Stallone wybrali zatem inną drogę: zrobili film, który jest kinem akcji, a zarazem parodią tego gatunku.
Są jazgoczące karabiny maszynowe, ogłuszające eksplozje i setki trupów. Film składa się z dynamicznych sekwencji zrealizowanych na tyle solidnie, by świadomą część mózgu widza zdominowała część podświadoma, ta, która uchyla się na widok kuli lecącej w kierunku kinowego fotela. Ale sekwencje klasycznego kina akcji to jedynie przerywniki pomiędzy skeczami. Zastanawiałem się, dlaczego w tym akurat filmie nie przeszkadzają mi fontanny krwi, monotonna przemoc i stosy trupów? Odpowiedź brzmi: bo to wszystko nie jest naprawdę. Bryzgająca krew jest odrealniona, a do bólu sztampowa fabuła właściwie nieistotna. Stallone nie boi się ani autoparodii, ani gagów. Śmieszny był nawet dowcip o Chucku Norrisie opowiadany przez Chucka Norrisa. – Oni są trochę niedojrzali – mówi w finale Stallone o Schwarzeneggerze i Willisie. 60-letni chłopcy bawią się dobrze, śmiejąc się z samych siebie. I dlatego można wysiedzieć te 90 minut.
