Taki prezydent czy premier albo minister to człowiek decydujący o naszym życiu, o podatkach, cenach, a nawet o tym, czy możemy mieć dzieci, czy raczej powinniśmy zrezygnować z przychówku, bo warunki są niesprzyjające. To ktoś, i nie da się ukryć, że za takiego się uważa, jeśli nie na początku swojej kariery, to w jej trakcie, kto im dłużej siedzi na stołku, tym jest ważniejszy. A jak wietrzyk historii go z tego stołka zmiecie, będzie dożywotnio tytułowany prezydentem, premierem albo ministrem. Nawet wówczas, gdy go wyrzucili, usunęli lub dymisjonowali. Ci, którzy na stołku przetrwali dłużej i chwalebniej.
Podejrzana demokracja
Kiedyś było inaczej i niekoniecznie fajniej. Taki król siedział na tronie dożywotnio, chyba że go zabili podstępni wrogowie albo stracili na szafocie. Miał zaufanych ludzi, a oni też byli dożywotni, chyba że... i tak dalej, i temu podobnie. Jedno ich różniło od współczesnych władców: nie byli wybieralni. Byli dziedziczni i każdy poddany wiedział, że po jakimś Henryku III będzie królował Karol V albo odwrotnie.
Wszystko było jasne i proste, dopiero demokracja przewróciła ludziom w głowach. Mogą wybierać, kogo chcą, pod warunkiem że nie jest to „demokracja socjalistyczna”, a taka zwykła, klasyczna. Więc ludzie wybierają swojego kandydata, a ten, co dostanie więcej głosów, zostaje prezydentem albo premierem czy czymś w tym guście. Jest to, jak się okazuje, bardzo podejrzana procedura, bo wyborcy głosują na tego, który im coś obiecał, ale nie są w stanie ocenić ani obietnic, ani ich realizacji. Król niczego nie obiecywał i słowa dotrzymywał, a demokratyczny kandydat musi coś obiecać, żeby się odróżnić od konkurenta i go pokonać. Najgorzej wychodzi na takich wyborach polityk, który nie potrafi obiecywać wizerunkowo, w tym fałszywie, acz sugestywnie przedstawiać stan rządzonego przez siebie państwa. Wizerunkowy kandydat, taki np. Donald Tusk obiecuje podatek liniowy oraz zniesienie abonamentu telewizyjnego.
Takie obietnice działają na wyobraźnię, na zamożniejszych robi wrażenie niski podatek, na biedniejszych możliwość oglądania za darmo Tuska na ekranie od rana do wieczora. W ten sposób władza wydaje się bezpłatna jak wstęp do supermarketu. Szczegółami obietnic wyborczych kandydata zajmują się ludzie bardziej upolitycznieni, tzw. elity wspierające kandydata i ich przeciwnicy. Prosty lud stawia na wyczucie, czyli intuicję, która go zazwyczaj zawodzi. I na wygląd kandydata, który też zawodzi, ale nie od razu. Bo nasz lud wywodzi się z klasy chłopskiej, a klasa chłopska wysoko sobie ceni odświętność. Facet, którego wspiera, musi być odpalony jak do kościoła, nosić wypucowane kamasze i obowiązkowo krawat. I mieć małżonkę, co to ubiera się w zagranicznych butikach, taką z wystawy. Wizerunkowy prezydent powinien się okazale prezentować, dobrze widziana jest pokaźna „pierwsza dama”, taka jak żona sołtysa albo właściciela wytwórni lodów.
Wrogie elementy Eurolandu
Mamy więc ludowy stosunek do polityki, wynikający z braku edukacji większości narodu w dziedzinie praw i obowiązków obywateli. W Polsce, bo w świecie zachodnim ludzie mieli dużo czasu na naukę, w Europie od chwili zgilotynowania Ludwika XVI, czyli od jakichś dwustu z górą lat i zwycięstwa francuskiej rewolucji, której skutki odczuwamy do dziś.
Rewolucja była tak piękna, że ludzie zaczęli masowo uciekać z oświeconej Europy na amerykański kontynent, budując daleko od Paryża, Rzymu i Londynu państwo demokratyczne – wzór dla świata, którym pozostanie i w przyszłości, pod warunkiem że nie zaleje go europejska poprawność polityczna. Ideologia skutecznie konkurująca z zasadami demokracji, czyli z wolą ludu. I pracująca intensywnie na jego zniewolenie, dając do zrozumienia dla niepoznaki, że każdy ma wolny wybór. Ale musi dokonać dobrego wyboru, bo zły jest wielce niesłuszny i nie pasuje do ogólnych trendów panujących na kontynencie, a trendy są takie, że człowiek europejski jest szczęśliwy dopiero wtedy, gdy szczęśliwe są jego władze.
Niestety, radość z rządzenia, którą reprezentują kanclerz Niemiec Angela Merkel i premier III RP Donald Tusk, bywa zakłócana przez wrogie elementy, takie jak Grecja, Hiszpania, Portugalia albo Włochy, a w przypadku Polski – partie opozycyjne, które niczego nie mogą obiecać, bo nie mogą obietnic spełnić, nawet gdyby bardzo chciały. Premier trzyma się mocno, co zauważyli różni pochlebcy, i ma coraz większą władzę, bo lud tego chce. Poza tym nikt ludu nie pyta, czego chce. Kogo to obchodzi? Kogo obchodzi jakaś anonimowa masa o nazwie naród. A tym bardziej poszczególni obywatele. Nie podoba się, to na drzewo – taki jest styl rządzenia, taka jest ta demokracja, polska, europejska i jak kto chce, chińska i rosyjska.
Żyjemy w epoce turbulencji wzmacnianych przez wszędobylskie media, zaprowadzające totalny chaos w głowach tzw. zwykłych śmiertelników. Światem zachodnim rządzi dziś strach przed utratą z takim trudem kupionym na kredyt dobrobytem i tego szczęścia bycia członkiem zbiorowiska takich samych, wręcz identycznych konsumentów dóbr konsumpcyjnych. Telewizorów, tabletów, komórek, samochodów i kuchenek gazowych. Grunt, żeby się nie wyróżniać z tłumu. Nawet nadwaga współczesnych konsumentów dóbr wszelakich jest mniej więcej jednakowa, mieści się w przedziale 150 i 300 kg. Szczupli są w mniejszości. Wystarczy przejść się ulicą Londynu, Berlina i Nowego Jorku. Albo obejrzeć sobie reportaże z pościgów policji za przestępcami – tych zapasionych mundurowych galopujących z oczami na wierzchu za złoczyńcą.
My, Polacy, powoli, ale skutecznie zbliżamy się do ideału cywilizowanej sylwetki prawdziwego Europejczyka. Pasionego tanimi produktami przemysłowej żywności. Ale jest kryzys, czy spowoduje on, że będziemy mniej się opychać i schudniemy? Przeciwnie, jeszcze bardziej spuchniemy, bo zdrowa żywność jest droższa od niezdrowej i trzeba by ją samemu przyrządzać. A kto dziś potrafi jeszcze gotować.
Korporacja kieszeni
Tak wygląda ten wymarzony świat dobrobytu, który nasz premier nazywa Zieloną Wyspą. W pewnym stopniu jest ona zielona, bo zamieszkują ją ludzie, którzy o demokracji, wolności i niezawisłości mają zielone pojęcie albo zielonego pojęcia nie mają. I rządzą nią ludzie, którzy ten kawałeczek świata zamienili w prywatny folwark. Folwark ten należy do Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Jest to koalicja pożytku z dobra publicznego. Polega ona na podziale kompetencji do napełniania kieszeni własnych i kieszeni bliższych oraz dalszych krewnych. O wiernych i posłusznych sługach spośród ludu nie zapominając. A są to sługi różnej maści. Od skądinąd znakomitego reżysera Andrzeja Wajdy, który naskarżył w Moskwie na Jarosława Kaczyńskiego, zaczynając, na urzędniku gminnym kończąc. Dzięki takim osobnikom Tusk i inni czują się jak feudalni, a więc absolutni władcy. Korupcja? No i co z tego? Wszak to należy do repertuaru wielu polityków, nie tylko w Polsce, ale nawet na lepszym Zachodzie.
Mamy do czynienia z demoralizacją elit rządzących i z ich bezkarnością. Przewodniczący PSL Waldemar Pawlak swego czasu wytłumaczył telewidzom, że w zatrudnianiu w różnych spółkach i instytucjach rządowych żon, kochanek, córek, synów oraz kuzynów nie ma nic złego, jak to w rodzinie. Najważniejsze, że się nadają. A czy się nadają, wie Pawlak i jego kompani. I nic dziwnego, że afera z taśmami Serafina nie zrobiła większego wrażenia na Tusku. Ludzie z PO też mają rodziny i kuzynów, o których trzeba dbać. Dać im posady i obdarzyć przywilejami. A afery? Platforma jest w stanie znieść każdą aferę i zamieść ją pod dywan. A to dzięki mediom, które są wielce pomocne w tym procederze. To dlaczego wyszły na jaw te taśmy? Coś musiało wyjść, żeby przykryć to, co wyjść nie powinno. No i żeby osłabić jeszcze bardziej koalicjanta, bo zaczął podskakiwać. Ale koalicja nie padnie, bo PO nie ma innego równie pazernego i amoralnego poplecznika.
A poplecznik zrobi też wszystko, żeby „współrządzić”, bo co by się stało, gdyby nagle wszystkie ciotki i pociotki straciły te posady i apanaże? Upadłby interes rodzinny pod nazwą III RP. A rodzina, bądźcie pewni, to też ludzie, chociaż krewni.
Nasze państwo jest rodzinnym interesem, należącym do rodzin wybranych, cwańszych i bezczelniejszych od innych. Wracamy do korzeni, do naszych wiosek i miasteczek, do reguł życia – jak to się za komuny mawiało – po uważaniu. I oczywiście na ludowo, bo rządzący politycy wywodzą się z ludu, panosząc się w Warszawie i innych dużych miastach i zaprowadzając obyczaje rodem z PGR. Mamy więc demokrację ludową, czyli znaleźliśmy się w pętli czasu. I pętli na szyję porządnych ludzi. Których, w co wierzę, jest w Polsce więcej niż 30 proc. zwolenników obecnej władzy.