W licznych ostatnio analizach lemingologicznych brakuje mi wyeksponowania silnego składnika ideologicznego w działaniach „młodych, wykształconych z dużych miast". Opisu bezwarunkowej potrzeby identyfikowania się z tymi, do których podobieństwo, w pojęciu przeciętnego leminga, nobilituje. Chęci, aby – choćby przed samymi sobą – uchodzić za lepszych od „ciemnego" otoczenia. Nieważne, jakie owo otoczenie jest. To dlatego leming tak chętnie przyswaja kilka sloganów: „tolerancja", „walka z homofobią", „modernizacja". To bezpieczne słowa klucze, dzięki którym czuje się lepszy. Nie ma to nic wspólnego z autentyczną tolerancją czy modernizacją, bo wtedy lemingi musiałyby tolerować „mohery" i faktycznie chcieć zmieniać kraj. Leming wie, że akurat tego robić nie należy. Lemingoza przejawia się więc w budowaniu własnego wizerunku przez tworzenie antagonistycznych relacji z tymi, z którymi wydaje się im (bo tak przeczytali w lemingowych mediach), że wypada takie relacje mieć. W iście groteskowy sposób realizują potrzebę głęboko zakorzenioną w naturze ludzkiej – potrzebę prestiżu. Zawsze idą za tym, co modne. Są „cool" i „trendy". Muszą tacy być, by oddalić podejrzenie, że są nowi i z daleka.
Budowanie prestiżu lemingowszczyzna realizuje m.in. techniką werbalnej filantropii, która ujście znajduje choćby podczas parad, manif i protestów wobec różnych „anty". W ideologii tej komunistyczny „ciemiężony proletariat" został wymieniony na dyskryminowane mniejszości, których kuratorem mianował siebie lemingostan. Co prawda ma on w nosie losy Pigmejów czy tygrysów ussuryjskich, ale chętnie gdzieś zabierze głos w ich sprawie, a tych, którzy nie cierpią ostentacyjnie z powodu tej czy innej dyskryminacji na świecie, traktuje z pogardą. Wzrusza się losem karpi przed świętami, ale popiera eutanazję – jest „modernizacyjna". Jest przeciw karze śmierci – to nieludzkie! – ale za aborcją. Walka o „postęp" jest dla lewicy instrumentem w walce z konserwatywną aksjologią, dla lemingowej elegantki eliksirem na cerę – preparatem, którego sama nie wymyśliła, ale z upodobaniem stosuje. Tolerancja dla społecznych anomalii przestaje być aprobatą dla dewiacji, a staje się przepustką do klasy nadludzi, którą Nietzsche sytuował wśród artystycznej bohemy.
Od nas, konserwatywnych szaraczków, dostojny lemingostan dzieli przepaść. Dokładniej: jego myślowe i obyczajowe małpiarstwo. Jeśli nawet leming straci swojego terenowego SUV-a i mieszkanie w „kamienicy" w Miasteczku Wilanów, to czy kiedykolwiek zagłosuje na prawicę? Trudno to sobie wyobrazić, ale wykluczyć się nie da. Piarowcy prawej strony muszą pamiętać, że do tych ludzi nie dociera przekaz prawdziwy, lecz sugestywny. Taki, który – powtórzmy – daje im poczucie przynależności do ekskluzywnego grona. Jednak nawet spełniona obietnica zachowania statusu materialnego – w drodze odważnych reform gospodarczych – to za mało. Dusza leminga karmi się ideologią nadczłowieczeństwa, kastową pogardą dla innych. Więc od pytania „jak przeobrazić leminga?" ważniejsza wydaje się być może kwestia „jak się leminga pozbyć?". Na to odpowiedź jest jedna: budować nową klasę średnią, odrywając od lemingostanu te jego segmenty, które najpłycej zostały skażone duchem III RP.
