26 września 2022 roku nad ranem cały świat obiegła informacja, że na Morzu Bałtyckim niedaleko duńskiej wyspy Bornholm doszło do eksplozji, w efekcie których zniszczone zostały 3 z 4 nitek gazociągu łączącego Niemcy i Rosję.
Dzisiaj, dzięki publikacji Bojana Pancevskiego "Wysadzić Nord Stream. Sabotaż, który wstrząsnął światem" dowiadujemy się jak doszło do tej sytuacji i kto był odpowiedzialny za działania.
Z książki wynika, że była to 8-osobowa załoga "Andromedy" złożona z jednego byłego wojskowego i siedmiorga ukraińskich nurków. Operacja "Średnica" zakładała wysadzenie jednym "promieniem" infrastruktury Nord Stream na Bałtyku, a drugim South Stream na Morzu Czarnym. Druga część nie powiodła się ze względu na obecność tureckiej i amerykańskiej marynarki wojennej - Morze Czarne jest szczególnie patrolowane ze względu na prowadzenie działań wojennych na Ukrainie.
"Na tych stronach poznamy wyłącznie nurków, którzy uczestniczyli w ataku na Nord Stream. Załoga skierowana do działań przeciwko TurkStream pozostanie natomiast w cieniu. Z jednym wyjątkiem – jednego nurka, który brał udział w obu operacjach. Wszyscy zrekrutowani nurkowie uczestniczący w akcji przeciwko Nord Stream byli przyjaciółmi. Niektórzy z nich byli wręcz bardzo bliskimi przyjaciółmi – stanowili trzon grupy, która wspólnie nurkowała i pracowała od ponad dziesięciu lat. Początkowo wykonywali zwykłe, cywilne zawody, a nurkowanie rekreacyjne było ich hobby. Z czasem część z nich wciągnęła do tego również swoich partnerów życiowych"
- czytamy we fragmentach książki.
Publikacja wskazuje, że jeszcze przed przeprowadzeniem całej akcji przecieki ze służb trafiły przez holenderskie służby aż po amerykańską CIA, która wiedziała od samego początku o tych planach.
Już po przeprowadzonej operacji, na podstawie posiadanych informacji swoje śledztwo przeprowadzili Niemcy. Na etapie śledztwa z obazu kamer samochodowych ustalono pojazdy, które dotarły na wyspę Rugia. Już wtedy służby miały podstawy ku temu, by zidentyfikować część sprawców jako osoby przebywające w Polsce. Podczas wizyty Olafa Scholza w Warszawie miał być poruszany temat kwestii przebywania w naszym kraju przynajmniej jednego z uczestników eksplozji. Dzisiaj wiemy, że chodzi o Wołodymyra Żurawlowa. Drugą osobą był "Kapitan".
Z opisu wynika, że obaj byli nieustannie inwigilowani na terytorium Polski przez niemieckie służby, które precyzyjnie wiedziały, gdzie się znajdują i jak przemieszczają się po kraju.
"– Lepiej wyciągnijcie swojego człowieka – powiedział polski agent. – Niemcy są coraz bliżej i nie będziemy w stanie długo ich powstrzymywać. Jednak ponad głowami obu agentów sprawa stała się Chefsache (czyli sprawą najwyższego szczebla, osobiście nadzorowaną przez kierownictwo państwa). Ówczesny prezydent Polski Andrzej Duda również chwycił za telefon i osobiście ostrzegł swojego ukraińskiego odpowiednika, Wołodymyra Zełenskiego. „To wzmacnia nasze bezpieczeństwo” – powiedział mi później Duda, odnosząc się do wysadzenia gazociągów. – „Dobrze, że Nord Stream już nie istnieje.”
- czytamy w innym fragmencie najnowszej książki.
Pod nadzorem Niemiec
Jak wskazał Michał Rachoń w swoim programie, publikacja wskazuje, że służby Donalda Tuska dały zielone światło na nieograniczone działania Niemcom na terenie Polski.
Z opisu wynika, że nawet Niemcy byli zdziwieni, że Polacy im na to pozwalają i oddają wszystkie dowody, które zostały wywiezione do Poczdamu
- stwierdził Michał Rachoń.
Niemieckie służby inwigilowały na terenie Polski także drugiego członka załogi "Andromedy", który został złapany we Włoszech. Udał się tam z Krakowa. Gdy odprawiał się na przejściu granicznym lotniska, niemieckie służby zostały automatycznie poinformowane o tym fakcie.
"Niemcy uruchomili tzw. „cichy alert” w unijnym Systemie Informacyjnym Schengen (SIS). Gdy osoba objęta takim alertem pojawia się na granicy, a funkcjonariusze zeskanują jej paszport, alert zostaje aktywowany. Następnie na monitorze strażników wyświetlają się cztery pytania, które muszą zadać posiadaczowi paszportu, jednocześnie zapisując odpowiedzi w systemie. Po zakończeniu tej procedury osoba może kontynuować podróż. „Kapitan” uruchomił ten cichy alert 16 sierpnia 2025 roku. Był to ważny dzień dla jego rodziny: on, jego żona i dwójka ich małych dzieci jechali do Krakowa, gdzie jego dziewiętnastoletni syn z poprzedniego małżeństwa zdawał egzamin wstępny na miejscowy uniwersytet. Chłopak chciał studiować biznes, zarządzanie i ekonomię, ale matematyka nigdy nie była jego mocną stroną, dlatego musiał bardzo intensywnie się przygotowywać. Gdy tylko polscy funkcjonariusze Straży Granicznej zeskanowali paszport „Kapitana”, niemiecki alert został aktywowany. Niewidzialna cyfrowa nić uruchomiła alarm w siedzibie niemieckiej policji w Poczdamie. Ich najbardziej nieuchwytny cel właśnie się pojawił. Straż Graniczna zatrzymała rodzinę na około godzinę. Zarejestrowano ich samochód – duży SUV – oraz numer rejestracyjny, a także odpowiedzi udzielone na pytania polskich funkcjonariuszy, zgodnie z procedurą przewidzianą przez niemiecki alert: że jadą do Krakowa na egzamin syna na uczelnię i że nie zamierzają pozostać na terenie Unii Europejskiej dłużej niż dwa tygodnie. Wszystkie te informacje zostały automatycznie przekazane niemieckiej policji."
- podano w przytoczonym fragmencie.
- Jedyne dwie osoby, z tych które dokonały aktu zniszczenia gazociągu nazwanego przez samego Radosława Sikorskiego "współczesnym aktem Ribbentrop-Mołotow", zostały złapane przy współudziale polskich służb Donalda Tuska, bo Niemcy sobie tego zażyczyli. Jeden i drugi był inwigilowany przy udziale polskich służb na życzenie Niemców - podsumował Rachoń.