Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Najdłuższa walka nowoczesnej Europy

4 czerwca 1992 r. zmienił historię Polski. Do tej pory wszystko było proste: archiwa miały być zamknięte, a Polska – rządzona przez ludzi okrągłego stołu. Tak się nie stało.

Autor:

4 czerwca 1992 r. zmienił historię Polski. Do tej pory wszystko było proste: archiwa miały być zamknięte, a Polska – rządzona przez ludzi okrągłego stołu. Tak się nie stało. Od 4 czerwca 1992 r. to, co było ukryte, stało się jawne. Nie rozwiązało to automatycznie naszych problemów, ale sprawiło, że od tego momentu możemy świadomie wybierać między wolnością a niewolą.

Wielu sądziło, że to wybór taktyczny i że agenturalność części elity politycznej i gospodarczej to zło konieczne, które minie wraz z upływem czasu. Tragedia smoleńska rzuciła na tę kwestię nowe światło i przypomniała słowa wypowiedziane w czerwcu 1992 r. po obaleniu rządu premiera Jana Olszewskiego: gdy politykom brak odwagi cywilnej, następne pokolenie płaci krwią.

Państwo grubej kreski

Rząd Jana Olszewskiego trwale postawił przed nami zasadnicze kwestie, których rozwiązanie warunkuje istnienie państwa polskiego: upowszechnienie własności i powstrzymanie grabieży mienia narodowego, zawiązanie sojuszu z USA i z NATO, likwidacja baz sowieckich, a wreszcie przeprowadzenie lustracji – czyli budowa prawdziwych elit władzy nieuzależnionych od sowieckiej bezpieki. To te właśnie sprawy tworzyły zręby programu politycznego pierwszego rządu wyłonionego w wolnych i demokratycznych wyborach. Warunkiem powodzenia tego programu było przywrócenie prawdy w życiu publicznym. Tym samym zadano cios całemu systemowi okrągłego stołu. Zakwestionowano pewnik dominujący wśród ówczesnych elit politycznych, że ludzie komunistycznego aparatu władzy pozostaną na zawsze bezkarni. To nie przypadek, że dopiero w czasie IV Rzeczypospolitej nawiązującej do programu Jana Olszewskiego zostali skazani mordercy górników z „Wujka”. I nie jest prawdą, że wcześniej nie można było ich osądzić z powodu braku dowodów. To był skutek grubej kreski, nie osądzono ich, bo nie było na to przyzwolenia elit rządzących.

Budowa państwa opartego na aparacie wywodzącym się z PZPR i SB była możliwa tylko pod warunkiem stworzenia gigantycznego systemu kłamstwa. Kłamstwa, w którym agenci komunistycznej bezpieki są bohaterami opozycji, partyjni nadzorcy i niszczyciele polskiej nauki – wybitnymi twórcami, a zwykli tchórze i złodzieje – moralnymi autorytetami. Założenia tego systemu najlepiej zdefiniował jego współtwórca Adam Michnik, uznając na łamach „Gazety Wyborczej” autorów stanu wojennego Jaruzelskiego i Kiszczaka za ludzi honoru, a twórców antykomunistycznej opozycji Olszewskiego i Macierewicza – za ludzi chorych z nienawiści. Ten świat odwróconych pojęć nazwano słusznie systemem łże-elit, które okupant próbował narzucić narodowi polskiemu po wyniszczeniu elit prawdziwych. I tak miało być wszędzie: w gospodarce, sztuce, nauce, polityce. PRL-bis miała być ukoronowaniem tego procesu.

Spór o niepodległość

Spór o polską niepodległość nie zaczął się oczywiście w roku 1989 czy 1992. Był osią dyskusji, kryzysów i rozłamów przez cały czas istnienia polskiego ruchu oporu. Można by rzec, że program zaprzaństwa narodowego i zdrada towarzyszą nam od czasu rozbiorów. To targowica nazwała carycę gwarantką niepodległości Rzeczypospolitej, a PZPR wpisała sojusz z Sowietami do konstytucji. Program ten przybrał szczególną postać w latach 80. i 90. XX w. Podkreślano bezsilność Polaków we współczesnym układzie geopolitycznym, zarówno w wymiarze narodowym, jak i państwowym. Odrzucano ideę niepodległego państwa narodowego i kwestionowano naszą zdolność do samodzielności państwowej. Liczyło się tylko to co obce, tylko to, co przyszło z zewnątrz. Opowiedzenie się za polskością nazywano szowinizmem, nietolerancją, faszyzmem i dyktaturą. Powróciło pojęcie „lewica laicka”, która włączając kadry NKWD, KPP, PZPR, miała stanowić elitę elit. Twórca tego pojęcia przypisał lewicy laickiej zasługę budowy polskiego ruchu niepodległościowego i antytotalitarnego oporu. W ten sposób w miejsce polskiej inteligencji wejść miały zespoły ukształtowane w systemie komunistycznym: synowie i wnukowie tych, którzy przybyli wraz z armią sowiecką, tych, którzy poszli na współpracę, tych, którzy budowali komunizm stanu wojennego. Taka była geneza okrągłego stołu. 4 czerwca 1989 r. wydawało się, że program ten wygrał w sposób bezdyskusyjny, ale po 4 czerwca 1992 r. było już jasne, że nie ma doń powrotu i jest tylko kwestią czasu, kiedy Polacy odbudują niepodległość.

Warunki niepodległości

W czerwcu 1992 r. wszystkie te dylematy skupiły się wokół jednego pytania i jednego problemu: czy uda się przeprowadzić lustrację? Lustracja jest tu symbolem, jest też realnym warunkiem niepodległości, bo jej przeprowadzenie decyduje o kadrach państwowych, a więc w istocie o bezpieczeństwie, a także o zdolności państwa do suwerennego działania. Lustracja ma oczywiście wymiar moralny, kulturowy, a nawet religijny, i wszystkie te aspekty muszą być uwzględnione. Ale jeśli zapomni się o bezpieczeństwie państwa, to istnieje groźba, iż ten proces przekształci się w parodię lub pustą gadaninę. Jeżeli ustawodawstwo dozwala, by sowieccy konfidenci zajmowali najwyższe funkcje państwowe, to jednocześnie jest to sygnał, że niepodległość i suwerenność państwa mogą być kwestionowane od wewnątrz. Ten problem to wielkie wyzwanie i tak właśnie go wówczas rozumiałem. Podczas konferencji prasowej w styczniu 1992 r., zapowiadając przeprowadzenie lustracji, podkreślałem, że jej celem jest oczyszczenie aparatu władzy.

W marcu 1992 r. powstał projekt nowelizacji ustawy o tajemnicy państwowej, który zakładał powołanie komisji selekcjonującej kadry z punktu widzenia rękojmi lojalności wobec państwa polskiego – była to w istocie ustawa lustracyjna pozwalająca wyeliminować współpracowników i funkcjonariuszy bezpieki. Ustawa ta w maju 1992 r. została złożona w komisji sejmowej. W MSW przygotowano także na wzór rozwiązań czeskich ustawę lustracyjno-dekomunizacyjną. Podobnie jak w Czechach zakładała ona, że warunkiem objęcia stanowiska w administracji państwowej będzie uzyskanie zaświadczenia, że nie pełniło się kierowniczych funkcji w aparacie komunistycznym ani nie było się funkcjonariuszem lub tajnym współpracownikiem bezpieki. Takie rozwiązania przyjęli i Czesi, i Niemcy. Nazwiska ludzi aparatu komunistycznego publikowała wówczas szeroko prasa obu tych krajów. Mało kto dzisiaj pamięta, iż analogiczny projekt został przyjęty przez Senat RP w lipcu 1992 r., miesiąc po upadku uchwały lustracyjnej. Oczywiście został odrzucony przez zdominowany już przez „koalicję strachu” sejm. Przypominam te historyczne szczegóły głównie dlatego, że do dzisiaj zarzuca mi się, iż nie przygotowałem ustawowych rozwiązań lustracyjnych. Jest to nieprawda, jeszcze jeden z tych pseudoargumentów, który miał uspokoić sumienie i usprawiedliwić w oczach opinii publicznej atak i obalenie rządu Jana Olszewskiego.

Jak było naprawdę?

Prawda o uchwale lustracyjnej jest taka, że mogła ona zostać uchwalona 28 maja 1992 r. przez ówczesny sejm tylko dzięki temu, że znaczna część posłów z lewicy postkomunistycznej opuściła salę obrad, a członkowie Unii Demokratycznej byli mocno zdezorientowani projektem uchwały przygotowanym i wniesionym przez posłów UPR Lecha Pruchno-Wróblewskiego i Janusza Korwin-Mikkego. Dezorientacja była tak wielka, że jeden z liderów Unii, Jerzy Ciemniewski, publicznie złożył mandat poselski. Inni próbowali zerwać kworum, usiłowali przedłużać dyskusję, czy to wnosząc o rozszerzenie uchwały, czy to domagając się przesłania jej do komisji. Ostatecznie uchwała została przyjęta w sytuacji, gdy liczba głosujących zaledwie o kilka osób przekraczała niezbędne kworum. Uchwała nakazywała ministrowi spraw wewnętrznych przekazać sejmowi do 6 czerwca listę posłów, senatorów i wyższych urzędników państwowych – współpracowników UB i SB. W późniejszym terminie lustrowani mieli być członkowie samorządu terytorialnego oraz sędziowie, prokuratorzy i adwokaci. Uchwałę zrealizowałem dwa dni przed terminem – słusznie obawiając się, że później będzie to już niemożliwe.

„Koalicja strachu”

Wszystko to działo się w szczególnej atmosferze zdeterminowanej narastającą presją sił postkomunistycznych na obalenie rządu. Przyczyną był jawnie niepodległościowy charakter naszej polityki, sukcesy gospodarcze, stabilizacja sytuacji społecznej i podjęcie aktywnej polityki zagranicznej otwierającej Polskę na sojusz z NATO. Momentem kluczowym stała się odmowa rządu akceptacji rosyjskich żądań, by dawne bazy sowieckie stały się siedzibą rosyjskich spółek będących w istocie ekspozyturami służb specjalnych. Prezydent Lech Wałęsa zarzucił nam dezorganizację polityki zagranicznej i na trzy dni przed uchwałą sejmu w sprawie lustracji wystosował list do klubów poselskich stwierdzając, że wycofuje swoje poparcie dla rządu. Tym samym dał sygnał do jego obalenia.

Powstała tzw. mała koalicja składająca się z Unii Demokratycznej, Kongresu Liberalno-Demokratycznego i tzw. Polskiego Programu Gospodarczego. W jej imieniu Jan Maria Rokita złożył wniosek o odwołanie rządu Jana Olszewskiego. Głosowanie nad tym wnioskiem miało się odbyć na najbliższym posiedzeniu sejmu. W tej sytuacji rząd skazany był na porażkę. Już od dawna jako rząd mniejszościowy funkcjonował tylko dzięki zręcznej polityce premiera i braku współpracy między oponentami tworzącymi swojego czasu zaplecze porozumienia okrągłego stołu, czyli między komunistami, liberałami i Lechem Wałęsą. Zdawaliśmy sobie, że w razie konfliktu nie możemy liczyć ani na KPN, którego przywódca był uwikłany w przeszłości we współpracę z bezpieką, ani na PSL Waldemara Pawlaka, podkreślajacego swoją niechęć do programu antykomunistycznego. Upadek rządu był więc nieuchronny. Można było tylko wybierać – czy będzie to utorowanie drogi powracającemu stronnictwu okrągłego stołu, czy też będzie to otwarcie nowego etapu odzyskiwania niepodległości.

Teczki w rękach ludzi okrągłego stołu

W takich okolicznościach powstała i została przegłosowana uchwała sejmowa. 28 maja idąc do sejmu, nie wiedziałem, że Lech Pruchno-Wróblewski zaproponuje uchwałę lustracyjną, ale wiedziałem, że projekt taki przygotowali posłowie ZChN i że ma on zostać zgłoszony. Tekst UPR był szerszy i dlatego stał się podstawą uchwały. Lustracja nie była więc aktem straceńczym, czynem pochopnym i nieprzemyślanym, chwilowym odruchem emocji. Była integralną częścią niepodległościowej strategii, przesłaniem jasno zakreślającym każdej następnej ekipie warunki konieczne do spełnienia. W tym momencie dokonał się trwały podział polskiej sceny politycznej na tych, którzy lustracji się boją, i tych, którzy widzą w niej konieczny proces weryfikacji kadr państwa.

Należy przypomnieć jeszcze jedno, o czym mało kto pamięta, a przeciwnicy lustracji systematycznie tę sprawę zakłamują. Jest prawdą, że o lustracji mówiono od 1989 r. Ale stanowisko kolejnych rządów do 1992 r. było jednoznacznie przeciwne ujawnieniu akt bezpieki. Wielokrotnie i zdecydowanie wypowiadali się na ten temat kolejni ministrowie premierów Mazowieckiego i Bieleckiego, Milczanowski i Majewski oraz ich zastępcy – Zimowski i Widacki. Wszyscy jednogłośnie przekonywali, że lustracja jest niemożliwa do przeprowadzenia, gdyż archiwa są zniszczone, a pozostałe zapisy – niepewne. Rzecz tylko w tym, że równocześnie dokonywali lustracji na użytek swoich środowisk politycznych. Przykładem jest choćby tzw. lista Milczanowskiego sporządzona na polecenie tego ministra spraw wewnętrznych latem 1991 r., a zawierająca większość nazwisk, które znalazły się później na liście przekazanej przeze mnie Konwentowi Seniorów Sejmu RP. Ale nie tylko ministrowie buszowali swobodnie po archiwach, których podobno nie było i które miały być zamknięte dla obywateli, choć dostępne do rozgrywek politycznych. Szczególnym skandalem było utworzenie specjalnej komisji wiosną 1990 r. pod przewodnictwem ówczesnego posła Adama Michnika, który przez trzy miesiące miał nieograniczony dostęp do archiwów bezpieki. Jan Maria Rokita stwierdził wówczas, że działanie tej komisji jest przejawem otwarcia archiwów dla naukowców i nie krępowało jego poczucia sprawiedliwości i prawdy ani to, że wśród tych „naukowców” byli tajni współpracownicy SB, ani też to, że jeden z posłów w sposób niekontrolowany ogląda akta innych posłów i polityków.

A że tak było, świadczą ówczesne doniesienia prasowe stwierdzające np. że komisja ogląda „akta przywódców Solidarności”. Można się tylko domyślać, do kogo skierowany był ten komunikat i o kogo chodziło, zważywszy, że zbliżała się prezydencka kampania wyborcza, w której Tadeusz Mazowiecki miał się zmierzyć z Lechem Wałęsą. O szczegółach prac komisji Michnika nie wiedziano prawie nic do czasu przekazania przeze mnie raportu towarzyszącego uchwale lustracyjnej, gdzie omówione zostało działanie tej komisji. Równolegle na łamach „Nowego Światu” ukazał się artykuł Ireny Lasoty, byłej współpracownicy Adama Michnika jeszcze z lat 60. XX w., która oskarżyła go, że wykorzystywał informacje uzyskane w archiwach do wewnętrznych walk politycznych. Innym przykładem jest użycie danych z akt byłej SB podczas prezydenckiej kampanii wyborczej przeciwko Stanisławowi Tymińskiemu. Ale częste było też posługiwanie się tymi aktami na użytek rozgrywek lokalnych, o co np. oskarżali ministra Kozłowskiego działacze Solidarności z Opolszczyzny. Tak więc obłuda przeciwników lustracji już wówczas była oczywista: zamknięcie archiwów i sprzeciw wobec lustracji nie wynikały ani z obiektywnego stanu archiwów, ani z moralnej odmowy korzystania z tych akt. Przeciwnie, chodziło po prostu o zapewnienie sobie monopolu na wiedzę, którą uważano za kluczową dla sprawowania władzy.

Całość tekstu Antoniego Macierewicza w tygodniku “Gazeta Polska”



Autor:

Źródło:

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Polska