Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Andrzej Zybertowicz o volkswagendeutschach

Kim w czasie okupacji hitlerowskiej był volksdeutsch (czytaj: folksdojcz)? To ktoś wpisany na folkslistę: wykaz osób pochodzenia niemieckiego – rzeczywistego albo fikcyjnego.

Autor:

Kim w czasie okupacji hitlerowskiej był volksdeutsch (czytaj: folksdojcz)? To ktoś wpisany na folkslistę: wykaz osób pochodzenia niemieckiego – rzeczywistego albo fikcyjnego. W stosunku do ludności polskiej była to grupa uprzywilejowana. W czasie wojny akces do narodu niemieckiego zgłosiło ponad 2,5 mln polskich obywateli.

Po wojnie Republika Federalna Niemiec naciskała na władze PRL, by zgadzały się na tzw. łączenie rodzin. W latach 70. i 80. sporo Polaków odnajdowało najsłabsze nawet ślady niemieckich korzeni, by wyjechać do Niemiec na stałe. Volkswagendeutsch – w stanie wojennym tak mówiliśmy o tych z nich, którzy emigrowali z powodów czysto ekonomicznych, by poprawić sobie standard życia.

Nieopłacalna Polska

Ilu „samochodowych Niemców”, obecnie tytułujących się Europejczykami, jest wśród nas dzisiaj?

Większość Polaków – podobnie jak większość ludzi – z reguły postępuje zgodnie ze swoim interesem. Ale uwaga – według tego, jak swój interes postrzegają. Jednak to, jak postrzegamy własne interesy, zależy nie tylko od nas. Zależy także od tych, którzy dostarczają nam informacji o świecie. To na ich podstawie działamy.

Moja socjologiczna intuicja podpowiada: de facto – tj. niezależnie od deklaracji – ogromna część, a może nawet większość Polaków nie wierzy w swój kraj, w naszą wspólnotę. Nie widzi w silnej polskości, w solidarnym państwie własnego interesu. Dlaczego tak uważam? Około połowa Polaków od lat nie chodzi na wybory. A i wielu z tych, którzy w wyborach uczestniczą, ma poważne wątpliwości co do sensowności tego aktu. „Co to da? To nic nie zmieni! I tak będzie po staremu”. Ludzie nie chcą robić czegoś, co wydaje się im nie mieć większego znaczenia; wielu przypomina to pusty rytuał z czasów PRL.

Brak wiary w państwo

Ale ci sami ludzie wcale nie są apatyczni, leniwi i niechętni do współpracy z innymi. Nie trzeba być socjologiem, by wiedzieć, że słynna polska zaradność, przedsiębiorczość, umiejętności w zabieganiu o dobry byt swój i najbliższych nie są mitem.

Jednak wielu Polaków nie wierzy w swoje możliwości wspólnego kształtowania ogólnych (np. prawnych) ram naszego życia, w szanse tworzenia dobrych instytucji publicznych. Są natomiast przekonani, że w tak ułomnych ramach organizacyjnych życia zbiorowego, jakie stwarza państwo (polskie), jakoś dadzą sobie radę – byle to państwo nie przeszkadzało. (Nawiasem: w tej rozpowszechnionej postawie widzę ważne źródło wyborczych sukcesów Platformy O.)

Słowem: Od 1989 r. nie potrafiliśmy zbudować wspólnoty narodowej. Pominę tu rolę środowisk, które nader się starały, by to się nie udało.

Ogniska polskości

W tak zarysowanej sytuacji widzę źródła poparcia, a co najmniej przyzwolenia, wielu obywateli Polski na demontaż suwerenności, który będzie szedł w stronę wskazywaną przez eurofanów. Wielu mieszkańców mojego kraju pewnie kalkuluje tak: wpływu na sprawy publiczne nie mam i nie będę miał; nieważne, czy będą one przesądzane w Warszawie, Brukseli czy Berlinie – byle dało się nieźle żyć.

PRL i III RP tak przemieliły mózgi mieszkańców kraju nad Wisłą, że wielu moich rodaków nie czuje potrzeby podmiotowości politycznej. Po swojej stronie mają nacisk cywilizacji konsumpcyjnej. My, którzy chcemy być gospodarzami na swojej ziemi, mamy po naszej stronie historię, tradycję wiary katolickiej oraz – jak napisał niedawno w „Nowym Państwie” Wojciech Wencel – liczne „ogniska polskości”.

Jeśli będziemy dostatecznie pomysłowi w formach patriotycznej samoorganizacji, to pragnienie solidarnej wspólnoty wygra z pogonią za dostatkiem bez oglądania się na los innych.


Autor:

Źródło:

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane