Wielokrotne niedotrzymywanie obietnic co do terminu publikacji raportu komisji Millera oraz zapowiedzi, że będzie on dla Polski gorszy od rosyjskiego, zmuszają do refleksji nad celem funkcjonowania tego organu. Niedawne wydarzenia, w tym komunikat rosyjski o błędzie w identyfikacji ofiar katastrofy, który spotkał się z głuchym milczeniem najlepiej poinformowanego ministra, pozbawia reszty złudzeń.
Wbrew zapowiedziom, raportu Millera nie opublikowano ani w ubiegłym roku, ani na początku bieżącego. Premier liczy jednak, że już w czerwcu będzie możliwa jego prezentacja. Mistrz niespełnionych obietnic zapowiedział też, że przedstawi ten raport „natychmiast po otrzymaniu, zatwierdzeniu i przetłumaczeniu”. Niezmiennie wciąż nie wiemy, jak długo premier będzie czekał na raport od swojego ministra. Pojawiły się za to nowe pytania: ile premierowi zajmie zatwierdzanie tego dokumentu oraz jak długo będzie on tłumaczony?
Prawa kampanii każą powątpiewać, czy premier w ogóle zdecyduje się zdążyć przed wyborami opublikować to, co – tak czy inaczej – uderzy w niego. Po wyborach zapewne zmieni się rząd, więc minister Miller straci posadę, a jego raport – punkt oparcia. Po ostrzeżeniach, że polski raport będzie dla nas jeszcze bardziej bolesny od rosyjskiego, należy taką perspektywę przyjąć z ulgą. Przedstawiciele rządu powiedzieli już na temat badania katastrofy tyle bzdur i kłamstw, że niczym już polskiego społeczeństwa zaskoczyć nie powinni.
> Wielkie oszustwo
W okresie pracy rosyjskiej komisji „badającej” katastrofę smoleńską starano się stwarzać wrażenie, jakoby komisja Jerzego Millera była równorzędna wobec rosyjskiej i również prowadziła prace na bazie konwencji chicagowskiej lub jej 13 załącznika. To wrażenie rozmijało się jednak z rzeczywistością. Ani konwencja o lotnictwie cywilnym, ani żadna inna umowa międzynarodowa nie przewiduje niczego takiego jak komisja ministra Millera.
Komisja ta działa wyłącznie na bazie prawa polskiego. Co najciekawsze, minister obrony zdecydował o jej powołaniu dopiero pięć dni po katastrofie, podczas gdy Rosjanom wystarczyła na to godzina. Polska komisja powstała więc dopiero po tajnym porozumieniu Tuska z Putinem, które doprowadziło do przekazania badania katastrofy na wyłączność stronie rosyjskiej. W czasie kiedy polska komisja powinna najbardziej intensywnie działać, w ogóle nie istniała, a powołano ją dopiero, kiedy sens jej istnienia stał się wątpliwy.
Na podstawie załącznika 13 działała tylko komisja rosyjska, przy której Polska miała swojego akredytowanego obserwatora. Postępowanie to zakończono 12 stycznia br. publikacją rosyjskiego raportu. Niedługo potem specjalna rządowa komisja rosyjska pod przewodnictwem premiera Władimira Putina została rozwiązana. Moskwa uznała w ten sposób, że prace badawcze w ramach uzgodnionej formuły prawnej zostały definitywnie zakończone. Wbrew wypowiedziom przedstawicieli polskiego rządu załącznik 13 nie przewiduje żadnej procedury ani możliwości odwołania się od rosyjskiego raportu końcowego, a więc wszelkie zapowiedzi w tej materii to zwykłe mydlenie oczu.
Celem komisji Millera jest tylko przygotowanie raportu przeznaczonego dla premiera polskiego rządu. Donald Tusk może go opublikować, ale wcale nie musi tego zrobić. Byłoby naiwnością oczekiwać od tak tolerancyjnego lidera, że zatwierdzi raport, który byłby nazbyt krytyczny wobec własnego rządu lub jego osobiście. Raport Millera będzie więc zapewne równie obiektywny, jak wcześniejsze wypracowanie gen. Tatiany Anodiny.
Nie to jednak będzie jego największą słabością. Problem w tym, że z punktu widzenia stosunków i prawa międzynarodowego raport Millera – w przeciwieństwie do rosyjskiego – nie będzie miał w ogóle żadnego znaczenia. Rząd Tuska zgodził się bowiem na pozbawienie Polski współuczestnictwa w badaniu. Polska komisja nie miała więc de facto prawa do badania katastrofy. Jej raport będzie tylko publicystyką polityczną tworzoną na potrzeby rządu Donalda Tuska i przeznaczoną na rynek wewnętrzny.
> Czekając na raport
Zgodnie z par. 6 rozporządzenia ministra obrony narodowej z 26 maja 2004 r., Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego (KBWL LP) prowadzi badania zdarzeń, do których doszło na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i w polskiej przestrzeni powietrznej. Badania poza terytorium RP może prowadzić tylko wtedy, jeśli przewidują to umowy lub przepisy międzynarodowego albo jeżeli właściwy organ obcego państwa przekaże jej uprawnienia do przeprowadzenia badania, albo jeśli sam nie podjął badania.
Żaden organ państwa rosyjskiego nie przekazał polskiej komisji uprawnień do przeprowadzenia badania. Rosjanie podjęli badanie i zakończyli je opublikowaniem własnego raportu. Badanie katastrofy na terytorium Rosji z udziałem „polskiego organu” przewiduje jedynie porozumienie z 1993 r., jednak mówi ono wyraźnie o wspólnym prowadzeniu badania z Rosjanami, a komisja Millera pracuje samodzielnie. Co więcej, polski rząd zignorował tę podstawę prawną i zastąpił ją zupełnie nieadekwatną do przedmiotu sprawy konwencją o lotnictwie cywilnym. Krótko mówiąc, w przypadku katastrofy smoleńskiej żadna przesłanka, która pozwalałaby komisji Millera na prowadzenie badania wypadku poza terytorium RP, nie zachodzi. W rzeczywistości znacznie większą legitymację do wyjaśniania katastrofy ma sejmowy zespół ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej kierowany przez Antoniego Macierewicza.
Minister obrony narodowej 27 kwietnia ub. roku zmienił rozporządzenie z 2004 r. dotyczące organizacji i zasad funkcjonowania komisji. Zgodnie z ustępem dodanym do par. 2 w przypadku wypadków z udziałem najważniejszych osób w państwie powołanie przewodniczącego i członków komisji następuje w uzgodnieniu z premierem. Tymczasem ustawa Prawo lotnicze z 3 lipca 2002 r. w art. 140 pkt 1 stwierdza, że wypadki w lotnictwie państwowym bada komisja powoływana „w porozumieniu z ministrem właściwym do spraw wewnętrznych”.
Ponieważ jednak szefem komisji rządowej miał zostać tenże właśnie minister, więc rząd poszedł po linii najmniejszego oporu i zmienił wedle własnych potrzeb zapis ustawy. Zmiana w rozporządzeniu o komisji została wprowadzona dopiero w trzecim tygodniu po katastrofie. Eksperci rządowi mieli więc dość czas, aby zbadać uregulowania. Jeśli popełniono błąd, to chyba nie z pośpiechu.
W par. 14 rozporządzenia o funkcjonowaniu komisji badania wypadków minister obrony wprowadził zapis, że przewodniczący komisji podlega bezpośrednio premierowi: to jemu przedstawia do zatwierdzenia protokół wraz z całością materiałów zebranych przez komisję i to premier decyduje „w przedmiocie udzielania informacji o przebiegu i rezultatach badań”. Zarówno ostateczny kształt raportu, jak i jego publikacja zależy więc wyłącznie od widzimisię premiera, czyli osoby, która jest jednym z głównych uczestników sprawy.
> Feralny załącznik
Z początku wydawało się to bez znaczenia, bo wcześniej zawarte tajne porozumienie Putin–Tusk dotyczące podstawy prawnej badania implikowało oddanie sprawy w ręce rosyjskie. Co prawda pkt 5.1 załącznika 13 teoretycznie umożliwiał przekazanie w drodze umowy stronie polskiej postępowania w sprawie katastrofy, jednakże faktycznie takiej możliwości w ogóle nie rozważano. Gdyby intencją obu układających się stron było przekazanie dochodzenia Polsce, to wówczas oba kraje zawarłyby w tej sprawie umowę dwustronną i w niej umieściły zapis o 13 załączniku.
Gdyby Tusk i Putin chcieli prowadzić badania wspólnie, to też nie zawieraliby żadnego ustnego porozumienia. Postępowanie prowadzone byłoby wówczas – tak jak na początku – na podstawie porozumienia z 1993 r. Zgodnie z tą umową wyjaśnianie przyczyn wypadku powinno bowiem być prowadzone „wspólnie przez właściwe organy polskie i rosyjskie”. Celem układu z Moskwą było więc zrzeczenie się prawa do przysługującego Polsce współudziału w tym badaniu i oddanie go na wyłączność drugiej stronie. Rząd przyznaje, że jedyną podstawą prawną odnoszącą się do badania katastrofy smoleńskiej było i jest porozumienie resortów obrony z 1993 r. Od zasady wspólnego badania przyczyn katastrofy nie przewidziano w nim żadnych wyjątków i dlatego nie może dziwić, że w pierwszych dniach po katastrofie dochodzenie prowadzono razem. Co więcej, w deklaracjach prezydenta i premiera Rosji padały wówczas zapewnienia, z których wynikało, że udział strony polskiej w tym badaniu jest oczywisty.
> Bez formy
Sprawa tajnego porozumienia z rządem obcego państwa nie powinna być przedmiotem sporów międzypartyjnych. Polska racja stanu wymaga, aby kwestia ta została niezwłocznie zbadana, a wszelkie wątpliwości wyjaśnione. Ze względu na rangę sprawy jej badanie powinno odbywać się publicznie.
Problem jest żywotnie ważny także z tego względu, że nie mamy nawet pewności, czy to fatalne porozumienie z Moskwą było jedyne. Nie wiemy, czy rząd nie zawarł takich tajnych umów więcej; np. w kwestii gazowego kontraktu stulecia czy w kwestii badania zasobów gazu łupkowego.
To nie jest zresztą jedynie problem walki międzypartyjnej. Pakt z Putinem był utrzymany w tajemnicy nie tylko przed opozycją. Nie wiedzieli o nim prawdopodobnie nawet politycy z partii premiera – grono wtajemniczonych ograniczało się do najbliższych współpracowników szefa rządu.
***
Suwerenność decyzji najwyższych organów władzy, bezpieczeństwo kraju, przestrzeganie prawa nie powinny być przedmiotem gry politycznej. W tak fundamentalnych kwestiach politycy powinni działać zgodnie, a Sejm Rzeczypospolitej i opinia publiczna nie powinny zostać wobec takich paktów jak Putin–Tusk obojętne.