Stara i pomarszczona twarz gościa Doroty Wysockiej-Schnepf przykuwa uwagę przed ekranem. Nie starość jest tu drażniąca – wiek często dodaje powagi, mądrości i pozwala zaznaczyć w swojej biografii wiele doniosłych zasług. Ale tu jest odwrotnie – neo-TVP nie zaprosiła tutaj eksperta, kombatanta, profesora, ale generała Wojskowych Służb Informacyjnych, absolwenta szkoleń rosyjskiej GRU w 1989 roku – Marka Dukaczewskiego.
Człowiek wpływowy w czasach Aleksandra Kwaśniewskiego, potrafił różnymi operacyjnymi sztuczkami ochraniać agenturę WSI, która realizowała ich własne, a nie polskie interesy. Dukaczewski u Wysockiej-Schnepf wychwala polski przemysł obronny, opowiada, jak bardzo jest potrzebny jego rozwój.
Te pochwały nie są za darmo – służą do uzasadnienia przyjęcia programu SAFE, który odetnie Polskę od broni amerykańskiej czy południowokoreańskiej, ale pozwoli realizować zamówienia niemieckie. Dukaczewski zresztą mówi półsłówkami, że ta broń z Korei nie jest dobra, Amerykanie to tylko lobbują w Polsce, a Europa, drodzy Państwo, Niemcy to jest przyszłość. Stara sztuczka przedstawiania swojej roli jako wybitnej, aby załatwić dla siebie jakieś interesy. Dukaczewski i jego ludzie w dobie prób likwidacji WSI zawsze umieli roztaczać nimb tajemniczych sukcesów – a to są ostatnimi „fachowcami”, a to już „prawie złapali bin Ladena”. Bzdury, ale pozwalają przetrwać, choć wreszcie w 2007 roku ich rozwiązano.
Dukaczewski atakuje też Karola Nawrockiego, bo gdy on był szefem służb (sowieciarskich!), to on by Nawrockiemu nie powierzył tajemnic państwowych.
Wywiad jest kuriozalny na wielu poziomach, ale jest też symboliczny – komunistyczny oficer szkolony przez sowieckiego okupanta opowiada synowej czerwonoarmisty antyamerykańskie tezy w państwowej telewizji, którą przejęto siłą przez służby mundurowe. Dokąd my doszliśmy?
Na plecach młodych
A przecież komuniści dostali w ostatnich wyborach śladowe poparcie. Nowa Lewica uzyskała 5,29 proc. głosów, ale na tę partie składa się całe środowisko także ludzi młodych, niemających nic wspólnego z PRL. Przecież 1,1 miliona wyborców głosowało też nie na Włodzimierza Czarzastego czy Marka Siwca i Jerzego Jaskiernię (nie dostał się), ale na Darię Gosek-Popiołek czy Łukasza Litewkę. Ten ostatni nie ma 40 lat, ma 700 tys. (!) fanów na Facebooku i wzrusza Polaków troską o zwierzęta. Nie wchodzi w polską polaryzację, stanął na przykład w obronie Marty Nawrockiej po jej niefortunnym wywiadzie w TVN. „Marta Nawrocka to Pierwsza Dama Polek i Polaków. Normalnych, tak pięknie zwyczajnych, uczciwych ludzi, którzy mają dość wojny polsko-polskiej” – napisał. Styl zupełnie inny niż butnego Czarzastego chowającego swoje kontakty z Rosjanami za atakami na głowę państwa. Jest w Nowej Lewicy jej rzecznik – Łukasz Michnik (zbieżność nazwisk z „tym” Michnikiem przypadkowa), 30-latek z popularnym kontem na TikToku, na którym pokazuje troskę o pracowników. Modnie ubrany, z tatuażem, zawsze otwarty na rozmowę ze swoimi antagonistami. To nie są twardogłowe kacyki niosące w wytartych teczkach interesy i układy partyjnych karierowiczów. A jednak to na ich plecach do Sejmu wjechała rekonstrukcja PRL, która dziś z coraz większą śmiałością rozlewa się po Polsce.
Śmieją się nam w twarz
Radom – rocznica krwawego stłumienia protestów przez władze komunistyczne w 1976 roku. Na ulicy weseli rekonstruktorzy ZOMO tańczą razem z innymi uczestnikami obchodów. Radosny klimat wybielania milicji i wygładzania PRL-owskich zbrodni. Prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski organizuje rocznicę „wyzwolenia” miasta przez Armię Czerwoną. W zeszłym roku Instytut Pileckiego broni Maksymiliana Schnepfa i jego uczestnictwa w obławie augustowskiej, wylicza, jak małą rolę odegrał i że w sumie nie warto tego eksponować. Syn Schnepfa udaje ambasadora RP we Włoszech, choć nie ma na to zgody prezydenta. Oni ośmielają się jeszcze bardziej. Senator Nowej Lewicy Waldemar Witkowski publikuje z dumą swoje zdjęcie w mundurze sowieckim. Tłumaczy potem, że był na balu, taki sobie kostium wybrał. Jednak munduru Wehrmachtu pewnie by nie włożył, a mundur sowieckiego oficera marynarki wojennej już tak. Podobnie Jacek Dobrzyński, rzecznik prasowy ministra koordynatora służb specjalnych, tłumaczy się ze swojej służby w ORMO. On po prostu lubił samochody, nic wielkiego. No i jest Włodzimierz Czarzasty, z dumą epatujący swoją PRL-owską przeszłością, uwłaszczający się na narodowym majątku, ale skrzętnie ukrywający swoje prawdziwe powiązania z Rosjanami. Jest i Marek Siwiec, szef Kancelarii Sejmu. Ostatnio Piotr Lisiewicz wyliczył w „Gazecie Polskiej”, że niemal wszyscy szefowie lokalnych struktur Nowej Lewicy byli powiązani z reżimem PRL – a to byli w partii, a to w jej przybudówkach. Lewica, która udaje nowoczesną i otwartą na młodych, betonuje się starymi aparatczykami.
Ale bywa jeszcze gorzej. Gdy w studio radiowym poseł PiS Paweł Sałek powiedział, że Czarzasty przejąłby funkcję prezydenta, „gdyby coś się stało pierwszej osobie w państwie”, Joanna Scheuring-Wielgus odpowiedziała radośnie: „Wspaniały finał”. Jeśli w tamtym momencie powiało PRL-em, to już naprawdę tym wcześniejszym.
Przez koalicje, ale bez armii
Tak naprawdę komuniści nigdy nie mieli znacznego poparcia w społeczeństwie. Dojście do władzy w powojennej Polsce odbywało się na sowieckich bagnetach, ale zastosowano jeszcze sztuczkę polityczną, która miała zamaskować udział NKWD w instalowaniu rządów. Były to koalicje. Trzonem komuny była przecież Polska Partia Robotnicza, której obecność w Krajowej Radzie Narodowej była sztucznie napompowana przez układy Stalina z innymi mocarstwami. Nadal jednak nie była to władza absolutna. Aby stać się siłą dominującą, PPR weszła – wymuszoną, owszem – w koalicję z tym, co zostało z przedwojennej Polskiej Partii Socjalistycznej. Tak wówczas sformowana Polska Zjednoczona Partia Robotnicza również nie zajmowała wszystkich miejsc w udawanym parlamencie, ale miała też dwie partie towarzyszące – Zjednoczone Stronnictwo Ludowe i Stronnictwo Demokratyczne.
Wiadomo, że wszystko, co nie należało do pierwotnego trzonu PRL, było tylko tworem satelickim, ale komuniści naprawdę stworzyli modus operandi oparty na tychże koalicjach. Roztapiali się w tłumie różnorodności i udawanego pluralizmu. I kiedy komunizm w 1989 roku sypał się na całym świecie, odświeżono tę metodę ponownie. Kolaboranci sowieckich reżimów chcieli tworzyć „fronty demokratyczne”, w których ich bezpośrednie partie i organizacje byłyby jedynie „jedną z wielu” części składowych. W pełni udało się to tylko w Rumunii – po zabiciu Nicolae Ceaușescu jego dawny współpracownik Ion Iliescu – czerwony jak i sam dyktator – założył Front Ocalenia Narodowego, przekształcony później w partię polityczną. Wstępowało do niego wielu zwykłych Rumunów, uznając, że jest to nowa siła, w której będą wprowadzać swoje demokratyczne marzenia. W FON jednak rządzili dawni komuniści, mieli kapitał, doświadczenie, wzajemną lojalność – młodzi demokraci z Rumunii nie mieli w tej partii wiele do powiedzenia. Mogli – tak jak Łukasz Litewka – ratować pieski, tak jak Łukasz Michnik – opowiadać o pracownikach, czy tak jak Daria Gosek-Popiołek – myśleć o lokalnych sprawach. A twarda władza pozostawała gdzie indziej.
Tak oto zdarzyło się i teraz – Nowa Lewica jest mieszanką twardego betonu Czarzastego, tęczowego karierowiczostwa Roberta Biedronia i rozmaitych młodych aktywistów, którzy chcą „robić swoje”. Ta partia z betonowymi decydentami wchodzi w jeszcze większą koalicję – liberalno-ludową, będąc jej przecież niewielką częścią. A i tak doświadczeniem i cierpliwością potrafią wywalczyć swoje. Czarzasty jako druga osoba w państwie, Dukaczewski jako ojciec polskiej armii, a to wszystko dzięki łyżce dziegciu w beczce polskiej demokracji.