Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polityka

Grochmalski: Tusk straszył Polaków bliską wojną i jednocześnie rozbrajał armię

Fakty są szokujące – z jednej strony Tusk straszył Polaków bliską wojną, która ma nastąpić w perspektywie miesięcy, a z drugiej rozbrajał nasze zdolności obrony przed rosyjską bronią balistyczną.

4 lipca w sobotę, tuż przed godziną 9, Krzysztof Bosak zwrócił uwagę w serwisie X na wpis konta 1 Star, które twierdzi, że Polska przekazała Ukrainie pociski PAC-3 MSE do systemu obrony powietrznej i przeciwrakietowej Patriot. Dzień później, 5 lipca, po godzinie 15 pojawił się na X taki wpis ministra Władysława Kosiniaka-Kamysza: „Po konsultacji z premierem Donaldem Tuskiem, zachowując odpowiedzialność wobec opinii publicznej, w zgodzie z przepisami prawa, zleciłem odtajnienie wszystkich donacji dla Ukrainy w latach 2022–2026”. W poniedziałek 6 lipca, podczas konferencji prasowej, która rozpoczęła się o godzinie 16.45, minister Władysław Kosiniak-Kamysz przekazał, że w porozumieniu z sojusznikami Polska przekazała Ukrainie wspomniane pociski. Zaznaczył jednak, że był to „margines naszych zdolności” obronnych. Ujawnił też listę innych środków przekazanych Ukrainie w latach 2022–2023.

Błaszczak postąpił źle, Kosiniak-Kamysz dobrze

Następnego dnia nadal trwała propagandowa szopka rządu, która miała przykryć jego wcześniejsze kłamstwa. Gdy 29 kwietnia interpelację poselską w tej sprawie złożył Mariusz Błaszczak, ekipa 13 grudnia nabrała wody w usta. Były szef resortu obrony odnosił się wtedy do wypowiedzi ukraińskiego ministra, który podziękował Niemcom, Holandii, Hiszpanii i Polsce za pociski do systemów Patriot. W odpowiedzi na to pytanie Ministerstwo Obrony Narodowej powołało się na niejawność informacji o znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa. Do operacji włączono zasoby Telewizji Polskiej w likwidacji.

Jej dziennikarz Piotr Maślak został wyznaczony we wtorek 7 lipca br. do rozmowy z wiceministrem obrony narodowej Cezarym Tomczykiem. Reżimowa TV szeroko udostępniała fragment tego wywiadu pt. „Trzeba zderzyć kłamstwa Błaszczaka i Czarnka z faktami”.

Maślak, autor jednej z najbardziej haniebnych wypowiedzi w historii polskiego dziennikarstwa (w sierpniu 2023 roku, wówczas jako reporter TOK FM, opublikował tweeta: „Nie potrafię tego nazwać inaczej, strażnicy graniczni, którzy zabraniają dostarczyć wody i dopuścić lekarzy do uchodźców, mogą sobie przyczepić naszywki SS. Tamci też wykonywali rozkazy. A jak Wam każą strzelać do uchodźców, też wykonacie rozkaz?”), zapytał Tomczyka o to, co sądzi o sytuacji, gdy: „Były minister obrony Mariusz Błaszczak mówi, że kiedy on ujawnił nieaktualne Plany Obronne Polski, usłyszał zarzuty narażenia bezpieczeństwa państwa. No i grozi mu określona odpowiedzialność. Teraz, kiedy rząd Koalicji Demokratycznej [sic!] ujawnia jednak ważne informacje dotyczące całego systemu bezpieczeństwa Polski, to jest to uzasadniony interes narodowy”. Tomczyk odpowiedział: „Jak pan przejdzie na czerwonym świetle przez ulicę, to dostanie pan mandat. Ale jeżeli pan przejdzie na zielonym, to ma pan do tego prawo, bo takie (…) są zasady”. Maślak drążył temat: „Chwilę wcześniej, przepraszam, te dokumenty ujawnione przez ministra Błaszczaka, też zostały odtajnione”. Tomczyk ripostował: „No właśnie nie zostały. Na tym właśnie polega problem i z tego wynikają zarzuty. Gdyby Mariusz Błaszczak krok po kroku przeszedł całą procedurę i miał pozytywne opinie Sztabu Generalnego i wszystkich innych ciał w sprawie odtajnienia dokumentów i one faktycznie byłyby historyczne, nie byłoby żadnego problemu. Jeżeli chodzi o działalność, z którą mamy do czynienia teraz, wszystko, krok po kroku, zgodnie z procedurą ma miejsce. Zresztą odtajnianie dokumentów jest możliwe, a odtajniać może ten, który utajnił, czyli w tym przypadku minister obrony narodowej”. Maślak dopytywał: „Generał Roman Polko twierdzi, że to nie jest dobry pomysł, żeby mieszać jednak kwestie strategiczne, czyli bezpieczeństwa Polski, do bieżącej polityki państwa”. Tomczyk odpowiedział:

„Ja rozumiem w ogóle perspektywę gen. Polko, którego zresztą bardzo cenię. Uważam, że w tym przypadku nie było innego wyjścia. Dlatego że wtedy, kiedy zważymy dwa dobra, bo przecież my też taką dyskusję prowadziliśmy i zastanawialiśmy się nad tym już wcześniej, to kwestia dezinformacji, która dzisiaj niszczy polskie życie publiczne, kwestia tego codziennego kłamania, tych wszystkich Błaszczaków, Czarnków, jest porażająca. I trzeba to zderzyć z faktami. Trzeba raz na zawsze pewne sprawy zamknąć. Niech pan zobaczy całą dyskusję na temat przekazania Ukrainie rakiet Patriot. Słyszeliśmy od polityków PiS-u, że to całe systemy, że 200, że 500, że nie wiadomo ile, że Polska się pozbyła zdolności. Dzisiaj wiemy, bo ujawnił to minister obrony, że mówimy o kilku rakietach, o kilku rakietach w ramach »set« różnych nośników, które posiada Polska, po to, żeby Ukrainę uratować w tym momencie kluczowym”.

Pierwsze uderzenie w nasze bezpieczeństwo

Być może Maślak jest jednym z ostatnich reżimowych dziennikarzy, który zgodził się dać twarz tej propagandowej szopce. Ten ekspert od Koalicji Demokratycznej nawet nie zająknął się, gdy Tomczyk twierdził, co wynika wprost z rozmowy, iż Kosiniak-Kamysz w ciągu jednej doby – od soboty do godziny 15.24 w niedzielę – „krok po kroku przeszedł całą procedurę i miał pozytywne opinie Sztabu Generalnego i wszystkich innych ciał w sprawie odtajnienia dokumentów”. Oczywiste jest, że Kosiniak-Kamysz, ujawniając wrażliwe dane dotyczące naszego wsparcia dla Ukrainy, nie przeszedł całej tej procedury z prostego powodu – bo nie ma żadnych procedur. Wymyślono to po to, aby dopaść wicepremiera Błaszczaka. Ustawa o ochronie informacji niejawnych jasno mówi, że właściwa osoba może odtajnić dokument i nie są potrzebne żadne zgody i konsultacje.

Problem jest jednak o wiele poważniejszy. Operacja tych wszystkich Kosiniaków-Kamyszów, Tusków, Tomczyków ma ukryć i rozmydlić to, co zrobili – przekazali Ukrainie wyjątkowo deficytową broń. Bosak powiedział portalowi Defence24, że Polska nie powinna przekazać ani jednej sztuki PAC-3 MSE Ukrainie, bo są to jedyne rakiety, które są w stanie zwalczać rosyjskie Iskandery. Stwierdził też, zgodnie z prawdą, że Polska nie posiada wystarczających zapasów najnowocześniejszych rakiet przechwytujących. Według dostępnych danych Polska zamówiła w pierwszej partii 208 pocisków PAC-3 MSE. Mamy w tej chwili na wyposażeniu dwie baterie Patriot, a więc łącznie 16 wyrzutni. Kolejne sześć baterii mamy dostać do 2029 roku. W tej chwili Rosja dysponuje rezerwą 200 Iskanderów M i 110 Iskanderów K. Ale miesięczna produkcja Iskandera M w Rosji przekracza 60 sztuk, a Iskandera K około 20 pocisków. Bosak zauważa, że nie posiadamy odpowiedniego zapasu PAC-3 MSE. Jak zauważa:

„Dwieście to nie jest wcale dużo. Gdybyśmy dysponowali tysiącami tych rakiet, można powiedzieć, że kilka nie robi różnicy. Ale przy dwustu kilka może oznaczać parę procent”.

Zaznaczył, że parlament powinien otrzymać informacje o sprzęcie zdjętym ze stanów Sił Zbrojnych RP oraz planach odtworzenia tych zdolności: „My nie możemy się domyślać. My musimy wiedzieć”. Jego zdaniem informacje szczególnie wrażliwe mogą pozostać niejawne, jednak podstawowe dane dotyczące wartości i rodzaju przekazanego uzbrojenia powinny podlegać kontroli parlamentarnej.

Według informacji ujawnionych przez waszyngtoński Center for Strategic and International Studies (CSIS) armia USA potrzebuje od 42 do 53 miesięcy, a więc niemal 4,5 roku, na odtworzenie po wojnie z Iranem swoich zasobów PAC-3 MSE. Przed konfliktem USA dysponowały 2330 rakietami Patriot, a w operacji użyto ponad 1430 sztuk. Lockheed Martin obecnie produkuje rocznie ponad 600 sztuk. A do broni jest długa kolejka, w której stoją, obok armii USA, siły sojusznicze. Nawet jeśli dostaniemy nowe baterie Patriot, to będą stały bezużyteczne, bo przez długie lata nie możemy liczyć na nowe dostawy. W takiej sytuacji każda sztuka jest na wagę złota.

Drugie uderzenie w nasze bezpieczeństwo

Polska ma gotowe do działania dwie baterie Patriot, które są na wyposażeniu 37. dywizjonu w Sochaczewie. W grudniu 2025 roku osiągnęły one gotowość bojową. Osłabianie ich zdolności bojowej jest polityczną zbrodnią. Tym bardziej szokującą, że już po przekazaniu kilku sztuk PAC-3 MSE Ukrainie Tusk na łamach „Financial Times” 24 kwietnia ogłosił, że Rosja może zaatakować NATO w ciągu kilku miesięcy. A równocześnie podał w wątpliwość amerykańskie gwarancje w ramach art. 5. W ten sposób publicznie zakwestionował „lojalność” najważniejszego sojusznika RP.

Jednocześnie zaapelował o „wzmocnienie unijnej klauzuli wzajemnej obrony”. Tusk powiedział „Financial Times”, że „największym i najważniejszym pytaniem dla Europy jest to, czy Stany Zjednoczone są gotowe być tak lojalne, jak opisano to w naszych traktatach [NATO]”. Ogłaszanie na cały świat, że Donald Tusk podważa wiarygodność polskich relacji sojuszniczych z USA, potężnie uderza w nasze bezpieczeństwo. Słowa te były szeroko komentowane na całym świecie.

Tusk urządził to przedstawienie niespełna dwa miesiące po tym, jak kanclerz Niemiec Friedrich Merz opublikował na łamach „Foreign Affairs” 13 lutego swój prowokacyjny tekst pt. „Jak zapobiec tragedii polityki wielkich mocarstw”, w którym głosił, iż to Niemcy przejmą, w imieniu Europy, komunikację z USA. Prezydent Karol Nawrocki, zwierzchnik polskich sił zbrojnych, po wypowiedzi Tuska dla „Financial Times” natychmiast zwrócił się do premiera z pismem, w którym domagał się przedstawiania twardych danych wywiadowczych i wyjaśnienia, jakie działania podjęto, by przygotować Polskę na czarny scenariusz. Stwierdził też dobitnie:

„Jeśli chodzi o (…) głośny wywiad pana premiera, trzeba go uznać jasno za szkodliwy dla Polski. Ja jestem w ciągłym kontakcie, jako zwierzchnik sił zbrojnych, z polskimi generałami. Którzy także byli zaskoczeni słowami pana premiera. Straszenie Polaków wojną w momencie, gdy zwierzchnik sił zbrojnych nie ma takich informacji, jest głęboko nieodpowiedzialne. Uderzanie w naszego sojusznika strategicznego, jakim są Stany Zjednoczone, podważanie artykułów Sojuszu Północnoatlantyckiego, trzeba uznać za bardzo nieodpowiedzialne i niemądre”.

Szaleństwo ekipy Tuska

Dziś wiemy, że przekazanie PAC-3 MSE odbyło się za plecami prezydenta i parlamentu. Ratując się przed polityczną katastrofą, Kosiniak-Kamysz napisał we wtorek 7 lipca, że „otoczenie prezydenta kłamie, twierdząc, że prezydent Nawrocki nie wiedział o sprzęcie przekazywanym Ukrainie".

Wyjaśnił, że ta sprawa była omawiana na posiedzeniach Komitetu Rady Ministrów ds. Bezpieczeństwa Narodowego z udziałem przedstawiciela BBN 10 i 17 lutego oraz 24 marca br. Zaznaczył, że informacje otrzymał także szef kancelarii prezydenta Zbigniew Bogucki, a „z samym Karolem Nawrockim rozmawiał o tym sekretarz generalny NATO Mark Rutte”. „W czyim interesie kłamiecie?” – pytał Kosiniak-Kamysz. Dostał twardą odpowiedź głowy państwa: „Panie Premierze (...), zdumiewa mnie Pan. Ja zarówno z Panem, z Panem Premierem Donaldem Tuskiem czy z Sekretarzem Generalnym NATO Markiem Rutte rozmawiam o wielu sprawach, na różnych forach, często bez konkluzji. Nie opowiadam wówczas, że coś ustaliliśmy. Decyzję podjął Pan, proszę się z nią po męsku zmierzyć. Mogę natomiast pomóc – wyjdę z inicjatywą legislacyjną i z chęcią wezmę pełną odpowiedzialność także za donację sprzętu” – stwierdził prezydent.

Fakty są szokujące – z jednej strony Tusk straszył Polaków bliską wojną, która ma nastąpić w perspektywie miesięcy, a z drugiej rozbrajał nasze zdolności obrony przed rosyjską bronią balistyczną. Gorzej – Tusk w maju publicznie zadeklarował, że Polska „nie będzie podbierać żołnierzy amerykańskich” wycofywanych z Niemiec, co zostało odebrane jako brak politycznej woli zwiększania obecności USA w RP. To dlatego ujawnienie przekazania PAC-3 MSE Ukrainie tak przeraziło Tuska, bo to kolejny dowód na to, jak bardzo igra z życiem Polaków. W zderzeniu z katastrofą służby zdrowia układa się to w spójny obraz.

Ale przypomnijmy inne dramatyczne wydarzenie, gdy w nocy z 9 na 10 września ubiegłego roku doszło do ataku ponad 20 rosyjskich dronów na Polskę.

Było to wydarzenie bez precedensu w długiej historii NATO. Polska, jako państwo Sojuszu, użyła broni na swoim terytorium do likwidacji zagrożenia. Ale wówczas zamiast wykorzystać ten fakt do zmasowanego, informacyjnego ataku na Rosję, Tomczyk, prawa ręka Tuska i nadzorca Kosiniaka-Kamysza w Ministerstwie Obrony Narodowej, wywołał skandal na gigantyczną, międzynarodową skalę – dramatycznie podważyliśmy naszą wiarygodność wobec naszych sojuszników i ośmieszyliśmy NATO. Jak stwierdził wówczas Sławomir Mentzen: „Polski wiceminister Bosacki w ONZ pokazywał zdjęcie tego domu, twierdząc, że zniszczył go ruski dron. Teraz wiemy, że dom zniszczyła polska rakieta. Ten rząd ośmiesza Polskę, dezinformuje własne społeczeństwo z prezydentem i RBN włącznie, a do tego podkłada się Rosji. Po tej wpadce ciężej będzie światu uwierzyć, że drony rzeczywiście były rosyjskie. I kto tu jest pożytecznym idiotą Putina?”. Tomczyk, który odpowiada za tę gigantyczną kompromitację Polski, nie poniósł żadnej odpowiedzialności.

Polska do Wisły

Ale to wielkie oszustwo Tuska, Tomczyka i Kosiniaka-Kamysza dotyczące PAC-3 MSE i próba jego przykrycia poprzez propagandowe sztuczki ujawniło przy okazji inną przerażającą rzecz – owo oskarżenie premiera Błaszczaka za to, że ujawnił prawdę o barbarzyństwie pierwszej ekipy Tuska. Już wówczas Kosiniak-Kamysz został pozbawiony moralnego kręgosłupa. Już raz jako społeczeństwo przeszliśmy fazę porządków Tuska. Ich symbolem stał się słynny – zatwierdzony przez Edmunda Klicha w 2011 roku, zgodnie z politycznymi dyrektywami rządu Donalda Tuska – „Plan użycia sił zbrojnych RP Warta-00101”. Jak wiemy, zakładał on, że strategiczna linia obrony przed agresją Rosji będzie przebiegała na linii Wisły i Wieprza. Już po siedmiu dniach rosyjskie wojska pancerne miały opanować całą wschodnią Polskę. Ekipa Tuska tych, którzy zamieszkiwali te regiony, potraktowała jako ludzi drugiej kategorii. Rząd Tuska te obszary oddawał niemal bez walki, co w przypadku agresji Rosji oznaczało masową eksterminację tej ludności. 

Podczas kampanii wyborczej, w Pile, Tusk niepytany przez nikogo, stwierdził: „Pewne cechy są tak cenione na Pomorzu, w Wielkopolsce przez to, że byliśmy bardziej pod wpływem kultury Zachodu. Wiecie, tak naprawdę być może w polskiej polityce dzisiaj potrzebny jest elementarny porządek”.

Wypowiedź Tuska z Piły, z której wynika, iż wyżej ceni sobie obszary RP poddane niemieckiej okupacji jako rzekomo wyżej cywilizowane, wyjaśnia głębszą istotę tego porażającego podejścia do Polaków owego wysłannika Berlina. W tym kontekście plan obrony Polski na granicy Wisły stał się świadectwem moralnego upadku tej proniemieckiej ekipy. Ale Tusk ma też do mieszkańców tej części Polski osobisty uraz. Bo na tych ziemiach partia Tuska otrzymywała najmniejsze poparcie wyborcze.

Joseph Goebbels w swoim „Dzienniku” pod datą 30 września 1939 roku notuje: „Führer chce podzielić zdobyte tereny na trzy strefy: 1. Stary niemiecki obszar: ulegnie znowu całkowitej germanizacji (…) 2. Strefa aż po Wisłę. Tam będzie zamieszkiwać dobry polski element (…) 3. Strefa: kraj przylegający do tamtego [wschodniego] brzegu Wisły (…) Tam wtłoczymy najgorszy polski element i Żydów, także tych z Rzeszy”. Po 1795 roku Prusy miały dwie możliwości – uznać kulturową tożsamość Polaków i współtworzyć z nimi państwowość albo dokonać ich radykalnej asymilacji. To wówczas Prusacy uznali „polskość” za swoje fundamentalne zagrożenie. Stworzyli też stereotyp „dzikiego kraju”, który dostąpił zaszczytu bycia cywilizowanym przez „niemieckiego ducha”. Ten stereotyp narodu zacofanego, zepsutego moralnie utrwaliła literatura pruska, a później stał się on elementem historycznej tożsamości pruskich Niemiec. Trudno jest znaleźć pruskiego polityka czy uczonego, który nie wyznawałby tej agresywnej niechęci do Polski i polskości.

Słowa wypowiedziane przez Tuska w Pile zawierają kwintesencję tego stereotypu Wielkopolanina (Polaka), jaki budowany był przez Berlin od czasu rozbiorów Polski. Prusacy (Niemcy) stworzyli całą literaturę, która miała przez kolejne pokolenia utrwalać w umysłach Niemiec przekonanie o swej rasowej wyższości nad Polakami. Sercem tworzonej przez Prusaków kultury była nienawiść do Polaków. Powieścią matką całego gatunku powieści, które wykreowały ten obraz Polaka wymyślony przez Prusaków, była opublikowana w 1855 roku „Soll und Haben” Gustava Freytaga (pol. Winien i ma).

Była w owych czasach niemal tak popularna jak później „Mein Kampf”. Jak zwraca uwagę Grzegorz Kucharczyk: „Całe pokolenia Niemców wychowały się na niej”. Jej fabuła rozgrywa się w 1846 roku w Wielkopolsce. Jeden z jej bohaterów stwierdza: „My i Słowianie to dawna walka. I z dumą odczuwamy, że po naszej stronie jest wykształcenie, chęć do pracy, kredyt”. Główny bohater książki tak mówi o nas: „Godne zauważenia jest to, jak bardzo są oni niezdolni, by wykształcić warstwę, która wytwarza cywilizację i postęp i która potrafi podnieść zgraję rozproszonych farmerów do poziomu państwa”. Ta narracja, która miała służyć udowodnieniu, że Polacy nie mogą mieć własnej państwowości, a jedyną ich rolą jest wiernie służyć pruskim panom, została przez Prusy mocno utrwalona w niemieckiej mentalności. Goebbels w swoich pamiętnikach pisał: „Opinia Führera o Polakach jest miażdżąca. Bardziej zwierzęta niż ludzie, całkowicie otępiali i amorficzni. (…) Brud wśród Polaków jest niewyobrażalny. Również ich możliwości rozumowania są równe zeru”. Nienawiść Tuska do Błaszczaka bierze się właśnie z tego, że ujawnił on istotę jego stosunku do Polski i Polaków.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Polityka