O rosyjskiej cyberwojnie w Paryżu
W ostatnich dniach uczestniczyłem w dwóch bardzo różnych, ale interesujących z punktu widzenia polityki międzynarodowej wydarzeniach. Miały one miejsce w Turcji i we Francji. Skupię się na tym drugim.
W ostatnich dniach uczestniczyłem w dwóch bardzo różnych, ale interesujących z punktu widzenia polityki międzynarodowej wydarzeniach. Miały one miejsce w Turcji i we Francji. Skupię się na tym drugim.
Napad Rosji na Ukrainę uświadomił nam Polakom (a przynajmniej powinien uświadomić), że Europa to tylko nazwa geograficzna, ta nazwa kontynentu. Jak kto oczytany, Europa to też córka Agenora (królewna tyryjska i królowa kreteńska) z mitologii greckiej.
W czasach, gdy była ambasadorem w Polsce, nie przepadałem za panią Georgette Mosbacher. Ostatnio jednak powiedziała rzecz bezcenną: „Polsce należą się przeprosiny” – za ataki, oskarżanie o brak demokracji, stawianie do kąta, sankcje finansowe.
Na stronie Uniwersytetu Wrocławskiego opublikowano uchwałę Rosyjskiego Związku Rektorów, której treść potwierdza powiedzenie: „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”. Cóż napisano w uchwale, którą podpisali rektorzy wszystkich uczelni w Rosji? Już na wstępie wyjaśniono powód napaści na Ukrainę: „Jest to decyzja Rosji o ostatecznym zakończeniu ośmioletniej konfrontacji między Ukrainą a Donbasem, doprowadzeniu do demilitaryzacji i denazyfikacji Ukrainy, a tym samym o uchronieniu się przed narastającymi zagrożeniami militarnymi”.
Przemówienie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego do Bundestagu przynajmniej z jednego powodu przejdzie do historii. Ukraiński prezydent nie miał złudzeń co do sensu apelowania do niemieckich polityków, którzy są skorumpowani oraz na wiele sposobów uwikłani we współpracę z Rosją i nie są w stanie podjąć żadnej decyzji, która by realnie mogła osłabić imperium Putina.
Dziś, gdy na Ukrainie toczy się otwarta wojna, dokładnie widać przydatność nie tylko jednostek o profilu podobnym do WOT, lecz także ad hoc organizowanych oddziałów samoobrony obywatelskiej.
Rosyjska propaganda twierdzi, że Władimir Putin podjął już decyzję o konflikcie z państwami Sojuszu Północnoatlantyckiego. Nawet jeśli tak, to nieudolność rosyjskiej armii na Ukrainie świadczy o tym, że taki scenariusz jest niewykonalny. Przy obecnym rozwoju wypadków nawet założenia nakreślone przez rosyjskiego prezydenta w programowym przemówieniu przed rozpoczęciem ataku na Ukrainę, dotyczące odbudowy Związku Sowieckiego i sowieckiej strefy wpływów w Europie, wyglądają na mocno przeszacowane.
Wizyta Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego oraz premierów Czech i Słowenii, a także – o nim się dużo mniej mówi – ministra spraw zagranicznych Litwy przejdzie do historii naszego kraju i naszego regionu Europy. Można ją zapewne porównywać z misją śp. prezydenta RP prof. Lecha Kaczyńskiego, który udał się do Gruzji wraz z prezydentami, nomen omen, Ukrainy oraz krajów bałtyckich, aby ratować Gruzję przed rosyjską okupacją. Wtedy misję tę zorganizowała strona polska – teraz było tak samo.
Polacy w obliczu rosyjskiej agresji wciąż ujawniają swoje najlepsze cechy. Nie od dziś wiadomo, że w sytuacjach trudnych, kryzysowych zdajemy egzamin z człowieczeństwa. Zdają go rządzący, ale przede wszystkim zwykli ludzie zaangażowani w bezinteresowną pomoc sąsiadom. Kto może, przygarnia Ukraińców pod swój dach, przygotowuje paczki, pomaga w rozlokowaniu ich.
O wizycie trzech premierów w walczącym Kijowie i wystąpieniu Jarosława Kaczyńskiego uczniowie będą czytać w podręcznikach, gdzie z pewnością uwypuklone zostaną dwa czynniki. Widzieliśmy precyzyjną diagnozę polityczną i wizję wyjścia z sytuacji oraz odwagę i determinację w poparciu tych analiz czynami i faktami. Historia zatoczyła koło.
Wyjazd polskich polityków do Kijowa w czasie prowadzenia przez Rosję działań wojennych jest w pewnym sensie powtórzeniem słynnego wiecu w Tbilisi podczas napaści Rosji na Gruzję. Wtedy Lech Kaczyński zatrzymał tamtą wojnę. Dziś Jarosław Kaczyński, apelując z serca ostrzeliwanego miasta o powołanie misji pokojowej pod auspicjami NATO lub rozszerzonej o inny układ międzynarodowy – czyni to samo.
Przy okazji trwającej obecnie wojny odżyli różnej maści oszuści podszywający się pod pracowników służb specjalnych (część z nich ma postawione poważne zarzuty karne). Jedna z takich grup organizuje właśnie wyjazd na terytorium Ukrainy w celu rzekomego przetransportowania z Kijowa do Polski pewnego bogatego lokalnego przedsiębiorcy.
Stary hangar nie dawał praktycznie żadnego schronienia. Powybijane szyby w poddachowych świetlikach nie były w stanie zatrzymać hulającego przenikliwego wiatru, który bezlitośnie przewiewał odzież i docierał do każdego zakamarka ciała. Wzmocniona kompania, wydzielona z batalionu powietrznodesantowego, bytowała w zdewastowanym budynku już czwartą dobę, a wyczekiwany samolot wciąż nie nadlatywał.
Wszyscy zastanawiają się: jak do tego doszło? Jak doszło w Europie w XXI w. do wojny nawet większej niż wojna w byłej Jugosławii przed 30 laty? Jak doszło do wyhodowania potwora? I jak doszło do tak wielkiego błędu Rosji, zarówno militarnego, jak i politycznego?
Przemówienie prezydenta Włodymyra Zełnskiego przed polskim Zgromadzeniem Narodowym przejdzie do historii nie tylko ze względu na moment i wspaniałą retorykę. Stanie się tak, ponieważ Zełenski pokazał logiczny ciąg zbrodni Putina, w którym mord pod Smoleńskiem stanowi istotny element.
Obojętne „sąsiad” wyparło gorące „brat”. „Jesteśmy jak rodzina…” – śpiewamy w piosence, która powstała w dniu inwazji Rosji. Co musiało się stać, by nastąpiła zmiana słownictwa i postaw? Bez wątpienia – niezgoda na napaść Putina, współczucie, poczucie solidarności i wspólnoty. Ale najważniejszy jest wspólny u Polaków i Ukraińców zanik lęku przed totalitarną bestią.
Premierzy Polski, Czech i Słowenii jadą do Kijowa. Skład delegacji reprezentującej Unię Europejską uzupełnia Jarosław Kaczyński. Gdy Kaczyńskiego w mediach było mało, bo kończył prace nad ustawą o obronie ojczyzny, bardzo go niektórym komentatorom brakowało i pytali o jego obecność mniej więcej co pięć minut.
W ciągu ostatnich 8 lat, mieszkając w Warszawie, spotkałem wielu Ukraińców. Często z nimi rozmawiałem i zastanawiała mnie ich głęboka krytyka własnego państwa. Pamiętam, jak jeden z kierowców taksówki opowiadał o tym, że Ukraina nie radzi już sobie nawet z hodowlą świń. – Nie ma do czego wracać – mówiło wielu.