Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Emil Tańczak
09.09.2026 13:00

Zniewolony musi pozostawić ślad

W czasie komunistycznego terroru, szczególnie w Związku Sowieckim, dusznego jak „morowe powietrze”, ludzie milczeli, a sprowokowani do mówienia „entuzjastycznie” wygłaszali formułki, które władza im zakodowała na „twardym dysku” – jak by to można określić językiem dzisiejszym.

Pamiętam, jak na początku lat 70. do moich sąsiadów przyjechał zza kordonu wschodniego pewien Ukrainiec ożeniony z Polką (z województwa tarnopolskiego), w odwiedziny do dalekich krewnych w Opolu. Była to w jego życiu pierwsza podróż zagraniczna.

Mój sąsiad, z którym przyjaźniłem się od lat, miał pecha, bowiem zwierzchnik z pracy wysłał go niespodziewanie na kilkudniową delegację służbową, i to aż na drugi koniec kraju. Zdyscyplinowany podwładny ubolewał, że nie będzie mógł zaopiekować się gościem w pełni czasu jego pobytu w Polsce. W tej sytuacji sympatyczny sąsiad spontanicznie wpadł na pomysł „uroczystego” przywitania gościa z zagranicy (byli oni rzadkością w tamtych latach), i to natychmiast, jeszcze przed swoim wyjazdem na delegację, więc i mnie w tej euforii zaprosił na „wieczorek zapoznawczy”. 

Zaszczycony zaproszeniem, przygotowałem się należycie z „gościńcem” pod pachą, wiedząc, że z „gołą ręką” nigdy i nikogo nie należy odwiedzać (tak mnie nauczono wedle kultury kresowej – skąd pochodzę). Przywitany serdecznie przez rodzinę sąsiada i obsypany podziękowaniami za atrakcyjne słodkości (które zdobyłem za dolary), wygodnie się rozsiadłem za obficie zastawionym stołem – tylko gościa brakowało.

Gość zza żelaznej kurtyny

Pytającym wzrokiem prowokowałem gospodarza, a otrzymałem odpowiedź ustną: pan Wasyl „przygotowuje się” w sąsiednim pokoju, a ściślej – przebiera się. Pomyślałem: dobrze zrobiłem, iż włożyłem białą koszulę, krawat i odświętny garnitur, więc pewnie nie wypadnę siermiężnie przy zagranicznym gościu. 

Dopiero po dłuższej chwili drzwi sąsiedniego pokoju się otworzyły – najpierw przez szparkę pan Wasyl poobserwował zebranych przy stole (zachował się tak, jakby sprawdzał, czy coś mu nie zagraża), później stanął w drzwiach w pełnej okazałości, „wyelegancjowany” w nowiuteńką piżamę w paski. Gość wbił się w to odzienie nocne zupełnie „dziewicze”; świadczyła o tym metka przy kołnierzyku piżamy, którą nabył tuż po przyjeździe do Polski i nie zdążył oderwać kartonika lub go nie zauważył. Witając nas „barytonem bohaterskim”, pan Wasyl wyprostował się jak na mustrze wojskowej, przybrał dostojną minę, ręce ułożył „pa szwam” i rzekł (po ukraińsku): „Dobry wieczór, ja już jestem!”. 

Przy stole gość okazał się sympatyczny, z „duszą słowiańską”. Spotkanie przeciągnęło się do późnych godzin nocnych, a gospodarz dbał, by śledziki i inne smakołyki były skutecznie „zakrapiane”. Zanim osiągnęliśmy stan „lekkiej nieważkości”, gość ze Związku Sowieckiego oznajmił, że otrzymał od władz sowieckich pozwolenie na pobyt w Polsce w wymiarze maksymalnego czasu, jaki przewidują tamtejsze przepisy – czyli kilka tygodni – po czym dodał z dumą w głosie: „To za dobre sprawowanie”.

Zabrzmiało to tajemniczo, lecz tylko się mogliśmy domyślać, co „poeta” miał na myśli. Odkrył jeszcze swój zamiar, że skoro już jest w Polsce, to chciałby odwiedzić krewnych mieszkających pod Szczecinem. „Tylko nie wiem, jak to zrobić” – zakończył. 

Gospodarz zareagował sensownie, nie dostrzegając żadnego problemu. – Kiedy wrócę z delegacji, wstaniemy któregoś dnia trochę wcześniej, udamy się na dworzec kolejowy, najlepiej w niedzielę, kiedy na kolei jest mniejszy tłok, kupię bilety do pierwszej klasy, bo tam wygodniej (są miękkie siedzenia), i pojedziemy do Szczecina – rzucił. 

Dodał jeszcze, że połączenie kolejowe w relacji Przemyśl–Szczecin (oczywiście przez Opole) jest wygodne, bo bez przesiadki, i że powrót nastąpi tym samym pociągiem.

Samochód – szczyt marzeń

W tamtych czasach kolej była jedynym powszechnym środkiem lokomocji. Samochody osobowe w prywatnych rękach należały do rzadkości. Trzeba było być dobrze ustosunkowanym z kimś „ważnym” w danym terenie (no i oczywiście mieć pieniądze), by po latach pokornego oczekiwania otrzymać „przyspieszenie w kolejce” i w końcu zdobyć upragniony talon na samochód – szczyt marzeń wielu rodaków. A jeśli ktoś był „ustosunkowany” bardzo wysoko, to dostawał kolejne talony. I tak po trzech talonach miał samochód za darmo (tylko że „wdzięczność” należała się darczyńcy talonu). 

A jak to było możliwe, że wybrańców spotykała „darmocha”? Kiedy wyprowadzało się pachnący świeżym lakierem pojazd za bramę ówczesnego motozbytu, to tam już czekali „kupcy” i oferowali cenę o jedną trzecią, a nawet o połowę wyższą od urzędowej. Dziwny to kraj – dziwili się na Zachodzie – kiedy to „z drugiej ręki” samochód rośnie w cenie. 

„A gdybym gdzieś po drodze zaginął?”

Wracamy do towarzystwa przy stole. Reakcja gościa na słowa gospodarza była zaskakująca. Ze smutkiem przeplatanym rezygnacją odezwał się (jakby sam do siebie) w te słowa: „Tylko czy w waszym urzędzie dadzą mi od razu pozwolenie na wyjazd do Szczecina? Pewnie trzeba będzie mnie »sprawdzić« (tu gość puścił perskie oko), więc jeśli miałbym długo czekać, to skończy mi się czas pobytu w Polsce”. 

Gospodarz znów życzliwie, lecz tym razem spokojnie i powoli wyjaśniał (bo gość nie władał biegle polskim językiem, ogromnie go kaleczył i nie wszystko rozumiał), że nie trzeba żadnych pozwoleń. Możemy jeździć po całej Polsce, wystarczy kupić bilet – sfinalizował dialog gospodarz. 

Po tym wyjaśnieniu gość jeszcze bardziej posmutniał, zamilczał i zwiesił głowę. Nasze próby włączenia go do rozmowy na nic się zdały. Dopiero kiedy po dłuższej chwili „ochłonął”, zapytał (jak zagubione dziecko, wodząc bezradnym i zalęknionym wzrokiem po wszystkim przy stole, a zachowanie to dziwnie kontrastowało z ogromną, misiowatą posturą gościa, ledwie wciśniętego w nową piżamę): „A gdybym ja gdzieś po drodze zaginął, to jak mnie znajdą w obcym kraju, kiedy nie pozostawię po sobie żadnego śladu?”. 

W dalszej rozmowie z przyjezdnym chcieliśmy się dowiedzieć czegoś więcej o życiu przeciętnych ludzi w warunkach ustroju „sprawiedliwości społecznej”, lecz gość milczał, opuszczając głowę. Czasem zakłopotany dawał odpowiedzi wymijające albo wpadał w tzw. automatyzm. 
A na czym on polegał? Przytoczę przykład: kiedy osobiście oprowadzałem gościa po mieście (bo gospodarz przed wyjazdem na delegację o to mnie prosił), to zawsze była taka sama reakcja, jak z automatu: „U nas też to jest i nawet lepsze!”. 

Pomyśl, Drogi Czytelniku, w jakich warunkach przychodzi żyć ludziom (dawniej i dziś w wielu rejonach świata też), zniewolonym i doprowadzonym do wegetacji ślimaka, który musi pozostawić po sobie „ślad”.
 

 

NAJNOWSZE