Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Karnkowski
27.10.2026 13:00

Zbyt późna odwaga. Trudna przyszłość Pełczyńskiej-Nałęcz

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz odchodzi z rządu i kierownictwa Polski 2050. Oficjalnie w proteście przeciwko porzuceniu przez koalicjantów politycznych ideałów, w rzeczywistości jednak przyczyn jej decyzji należy szukać znacznie głębiej. Niedoszła wicepremier, od miesięcy upokarzana przez Donalda Tuska, straciła również oparcie we własnej partii. Do politycznego upadku Pełczyńskiej-Nałęcz przyczynił się Szymon Hołownia, który najpierw pomógł jej zdobyć władzę, by później samemu rozpocząć walkę o jej odzyskanie. Rozstanie z koalicją 13 grudnia nastąpiło jednak zbyt późno – a nie można zapominać o żyrowaniu epoki resetu sprzed ponad dekady – by prawica nagle zaczęła bić brawo byłej minister.

Zacznijmy od powodu, a raczej pretekstu dymisji Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Dwukadencyjność została obroniona w Sejmie, lecz większość koalicji, w tym posłowie jej własnej partii, głosowała za wzmacniającym lokalne sitwy projektem PSL. Polityk odeszła z ugrupowania, stwierdzając, że dla jej kolegów od pierwotnych idei ważniejsze okazały się stołki, przede wszystkim zaś stołek dla Szymona Hołowni. Prawdziwych przyczyn tej pozornie zaskakującej decyzji należy szukać właśnie w tym ostatnim zdaniu. 

Pozycja Pełczyńskiej-Nałęcz była bowiem coraz słabsza zarówno w rządzie, jak i we własnej partii. Od miesięcy bezskutecznie zabiegała o stanowisko wicepremiera, jednak Donald Tusk, z którym pozostawała w coraz ostrzejszym konflikcie, nie zamierzał spełniać jej ambicji. Ostatecznie zapowiedział awans ministra finansów Andrzeja Domańskiego, co zapewne przelało czarę goryczy.

Mobbing, kpiny i zła atmosfera w KPRM

Wcześniej głośno było o całej serii kpin i upokorzeń, jakich szefowa Polski 2050 miała doświadczać na posiedzeniach Rady Ministrów. Najgłośniejszym echem odbiły się żarty, jakie kilka miesięcy temu, pod jej nieobecność, mieli sobie robić koledzy z rządu, by przypodobać się Tuskowi. 

Kiedy premier dowiedział się, że Pełczyńska-Nałęcz wyjechała do Rumunii, miał zapytać, czy nie zamierza tam zostać na stałe. Na to zastępujący ją podczas obrad wiceminister Jacek Karnowski odpowiedział: „Nie życzmy tego Rumunii”, wywołując salwę śmiechu wśród zgromadzonych. Sama zainteresowana skomentowała medialne doniesienia słowami „dziaderstwo i mobberstwo”, choć później przyznała, że premier w rozmowie w cztery oczy zaprzeczył takiemu przebiegowi wydarzeń. Całą sytuację, zapewne nieprzypadkowo, ujawnili wówczas dziennikarze TVN24. 

Równocześnie Pełczyńska-Nałęcz traciła kontrolę nad Polską 2050. Do walki o przywództwo wrócił Szymon Hołownia, który objął kierownictwo klubu parlamentarnego, a sama minister, nieposiadająca mandatu poselskiego, miała coraz mniejszy wpływ na decyzje parlamentarzystów. Według ustaleń Onetu próbowała nawet przekonać partię do opuszczenia koalicji i przejścia do opozycji, lecz nie znalazła wystarczającego poparcia. Nie mając już perspektyw na polityczny awans w rządzie, o który ubiegała się od niemal roku, traciła również dotychczasowe zaplecze. Jej demonstracyjne odejście można zatem odczytywać nie tylko jako protest przeciwko porzuceniu ideałów, ale również jako próbę odzyskania politycznej podmiotowości w sytuacji, gdy dalsze pozostawanie w rządzie i partii oznaczało postępującą marginalizację i brak szans na mandaty sejmowe w kolejnej kadencji.

Nóż wbity przez Hołownię

Dodajmy, że jej sytuacja w partii była w pewnym sensie gorsza niż w Radzie Ministrów. O ile bowiem w kwestii zachowania Tuska trudno było mieć jakiekolwiek złudzenia, o tyle w partii Pełczyńska-Nałęcz mogła, jak się zdawało, liczyć na więcej. Tymczasem rękę do jej politycznego zniszczenia przyłożył co chwila zmieniający swoje plany i decyzje marszałek Hołownia, wcześniej będący wręcz architektem jej politycznego sukcesu. 

W wyrównanej walce o partyjne przywództwo Pełczyńska-Nałęcz, przy poparciu ustępującego lidera, wygrała z Pauliną Hennig-Kloską. Ta natychmiast wyprowadziła z partii swoich stronników, tworząc Centrum – partię bardziej niż Polska 2050 nastawioną na bliską współpracę z Koalicją Obywatelską. Choć w jej szeregach znajdziemy też Ryszarda Petru, wciąż bujającego w obłokach z myślą o politycznej samodzielności i założeniu nowej partii, czy Rafała Komarewicza, często krytykującego rząd. Ptaszki ćwierkają, że działacz miał nadzieję na start w krakowskich wyborach prezydenckich z poparciem PiS, do czego jednak ostatecznie nie doszło.

Polityczne wolty Hołowni trudno jednak w ostatnich latach zliczyć. Wielokrotnie zawodził zarówno prawicę (bezprawne wygaszenie mandatów poselskich Macieja Wąsika i Mariusza Kamińskiego), jak i własnych koalicjantów (rozmowy z Adamem Bielanem i Jarosławem Kaczyńskim, a następnie zaprzysiężenie Karola Nawrockiego wbrew naciskom stronników). Były marszałek Sejmu, który ogłaszał już, że zarówno polityki, jak i partii ma dość, postanowił wrócić i pozbyć się następczyni. 

Pomogły w tym zapewne często przywoływane cechy charakteru Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Już jako wiceminister spraw zagranicznych, a następnie ambasador w Moskwie, miała problemy z budowaniem zespołu, wymieniając znaczną część personelu na zaufanych współpracowników. W Fundacji Batorego popadła w konflikt z Aleksandrem Smolarem, który miał zarzucać jej tworzenie własnego „państwa w państwie”. 

Podobne zarzuty towarzyszyły jej działalności w Polsce 2050, gdzie oskarżano ją o apodyktyczność, marginalizowanie konkurentów i jednoosobowe podejmowanie decyzji. Jeden z działaczy ugrupowania mówił w lipcu 2025 r. „Tygodnikowi Powszechnemu”, że Pełczyńska-Nałęcz „potrafi rozwalić od środka każdy zespół”. Z czasem przeciwko niej wystąpili liczni partyjni koledzy, a spór o sposób zarządzania partią zapewne przyczynił się do jej rozłamu.

Czasem stawiała się Tuskowi

Z drugiej strony trzeba zauważyć, że to właśnie trudny charakter pozwolił Pełczyńskiej-Nałęcz, jako jedynej osobie z całej koalicji, kilkukrotnie postawić się premierowi Tuskowi. Samodzielność i krytyka Tuska czynią Pełczyńską-Nałęcz postacią w pewien sposób atrakcyjną dla prawicy. Z kolei część jej poglądów może wydawać się interesująca dla partii Razem. Nieprzypadkowo więc niektórzy już widzą porzuconą przez kolegów polityk w Razem lub nawet w Rozwoju Plus.

Biografia niedoszłej wicepremier obfituje w kłopotliwe wątki, które czynią takie transfery ryzykownymi, by nie rzec – wątpliwymi. W okresie rządów PO-PSL Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz należała do grona ekspertów i dyplomatów zaangażowanych w politykę normalizacji stosunków z Rosją. W latach 2008–2012 uczestniczyła w pracach Polsko-Rosyjskiej Grupy do Spraw Trudnych, następnie została wiceministrem spraw zagranicznych odpowiedzialną za politykę wschodnią, a w 2014 r., już po aneksji Krymu, ambasadorką w Moskwie. 

Mocno angażowała się w politykę resetu, zabiegając przede wszystkim o uwolnienie Polski od opinii kraju kierującego się antyrosyjskimi uprzedzeniami. Popierała kontynuowanie przygotowań do Roku Polski w Rosji i Roku Rosji w Polsce, planowanych na 2015 r. – mimo rosyjskiej agresji na Ukrainę. Jeszcze w 2016 r. przekonywała, że rezygnacja z dialogu z Moskwą grozi podejmowaniem decyzji dotyczących Polski bez naszego udziału. Już dwa dni po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 r. Pełczyńska-Nałęcz twierdziła na Facebooku, że Polska powinna powściągnąć krytykę Niemiec mimo dotychczasowej polityki Berlina wobec Moskwy. Twierdziła, że „wybryki Polski w UE” zaszkodziły również Ukrainie, zniechęcając zachodnie państwa do angażowania się w sprawy Europy Wschodniej. Przestrzegała przed stawianiem się wobec Berlina w pozycji moralnej wyższości, przypominając, że to Polska potrzebuje niemieckiej ochrony, a nie odwrotnie.

Stanowisko to wpisywało się w jej sposób myślenia o polityce zagranicznej, kładący szczególny nacisk na utrzymanie dobrych relacji z najważniejszymi zachodnimi sojusznikami – i było ono na rękę Rosji. Ówczesna doradczyni Hołowni pisała też, że Polska i Węgry nie mają prawa odwoływać się do europejskiej solidarności, ponieważ same odmówiły udziału w relokacji migrantów. 

Droga w prawo może więc być trudna, choć polska polityka widziała już nie takie cuda. Niektóre poglądy Pełczyńskiej-Nałęcz zbliżały ją do lewicowej partii Razem. Podobnie jak ugrupowanie Adriana Zandberga sprzeciwiała się dopłatom do kredytów mieszkaniowych, które jej zdaniem służyły przede wszystkim bankom i deweloperom, opowiadając się zamiast tego za rozwojem budownictwa społecznego. Domagała się również dodatkowego opodatkowania nadzwyczajnych zysków banków, większej kontroli państwa nad rynkiem nieruchomości i wzmocnienia usług publicznych.

Teraz się zacznie

Tyle że w praktyce jej rządów znalazła się kontrowersyjna dystrybucja środków z KPO, które, po uprzednim demontażu dotychczas funkcjonujących państwowych mechanizmów kontroli, trafiały często do biznesmenów związanych z rządzącymi, w tym do żon ważnych polityków koalicji 13 grudnia. Cele dotacji, takie jak jachty, stały się memem i niebezpiecznym dla rządzących symbolem marnotrawstwa publicznych środków.

Czy zatem ruch Pełczyńskiej-Nałęcz to dobra przepustka do współpracy z Adrianem Zandbergiem? Od rozżalonej byłej minister na pewno usłyszymy wiele ciekawych opinii i informacji na temat pracy rządu i koalicji. Trudno jednak wyobrazić ją sobie w opozycji jako kandydatkę wiarygodną czy to dla elektoratu prawicowego, czy lewicowego. Po ludzku natomiast należy współczuć jej zarówno sposobu, w jaki została potraktowana, jak i medialnej nagonki, której, nie bez udziału wczorajszych partnerów, właśnie pada ofiarą.
 

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE