Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ewa Polak-Pałkiewicz
22.10.2026 13:00

Wychować człowieka dzielnego. Przypadek nie tylko pana Piotra

Obraz ucieczki pana Piotra ulicami Śródmieścia w stolicy przed ścigającymi go funkcjonariuszami, utrwalony policyjną kamerą, przemawia mocno także swoją symboliczną wymową. Szczegóły tej dramatycznej, a nawet w jakimś sensie patetycznej sceny nie powinny być zapomniane.

Pan Piotr dobrze wie, jakie jest zagrożenie i co jest stawką w tej pokojowej walce, którą prowadzi razem z Polakami demonstrującymi solidarność z prezesem Trybunału Konstytucyjnego. Zrywa się do ucieczki przed spodziewaną przemocą aparatu nierządnego państwa jak doświadczony wojownik. Pędzi z zawrotną szybkością. 

Dopadnięty zakłada ręce na piersiach, by nie pomówiono go, że kogoś ze ścigającej go pary policjantów dotknął („naruszył cielesność”). Milczy, nagabywany, by nie dać się złapać na jakimś słowie wypowiedzianym pod wpływem emocji. Zdaje sobie sprawę ze wszystkiego, co ten pościg i zatrzymanie go oznaczają, zapowiadają i przypieczętowują: w naszym państwie można stać się zwierzyną łowną i być poddanym przemocy aparatu bezpieczeństwa za to, że stanęło się po drugiej stronie barierek, że jest się po niewłaściwej stronie sporu politycznego. To groźne piętno, które może być podstawą oskarżenia.  

Historia w naszym kraju znów się powtarza i trzeba być tego świadomym. To jest lekcja, jakiej nam ten dzielny człowiek udzielił. Człowiek mężny i dobrze wychowany.

Blizny dzieciństwa? 

Ta lekcja jest szczególnie ważna dziś, gdy tak często przestajemy rozumieć, czym jest wychowanie człowieka, a zwłaszcza Polaka, potomka historii innej niż wszystkie. Że jest to prawdziwa sztuka, którą trzeba pielęgnować. I nie dać się zwieść i zaszantażować nowym definicjom wychowania, które utożsamiają ją z tresurą ludzkiego podgatunku: niedojrzałego jeszcze, słabego i bezbronnego człowieka.
Mogłoby się wydawać, że lata świetlne dzielą nas od czasu, gdy dbający o swoje potomstwo rodzice uczyli je przede wszystkim poszanowania swoich obowiązków i niepobłażania sobie w żadnej sytuacji. A przecież było to jeszcze niedawno. Niewiele ponad sto lat temu. „Nowoczesne” nauki o wychowaniu znane były już w domach inteligencji i ziemian, ale ich troską i ambicją było, by ich dzieci nade wszystko dawały dobre świadectwo o swoim pochodzeniu, o kulturze własnego domu i kraju. Byli przekonani, że jako rodzice są najlepiej predysponowani do roli wychowawców i muszą pozostać głusi na coraz silniejszą perswazję płynącą ze strony tych, którzy uważają się za lepszych ekspertów w tej dziedzinie. Ta perswazja przyjmuje obecnie formę presji, a nieraz staje się faktyczną przemocą.

Dobre wychowanie – co ono znaczy w Polsce dziś, gdy wszelkiego rodzaju nerwice i psychozy szerzą się wśród najmłodszych z szybkością astronomiczną? Czy nie znaczy ono w naszych czasach przede wszystkim nadzoru medyczno-psychologicznego (ostatnio też dietetycznego), który ma rzekomo zapewnić tzw. dobrostan dziecka i młodego człowieka, a w istocie uczynić z niego sprawne, bezwolne narzędzie do osiągania celów w globalnej polityce prowadzonej przez międzynarodowe gremia? A co znaczyło ono kiedyś?

Czy nie oznaczało w pierwszym rzędzie uczenia dziecka panowania nad swoimi instynktami i odruchami, uczenia go bycia kimś rozumnym, lecz także dobrym wobec innych? Witold Pilecki w listach do kilkuletniego syna całe stronice poświęcał tłumaczeniu, że nie może rozgniatać nogą niewadzących mu w niczym stworzeń, strzelać z procy do ptaków, ciągnąć za ogon kota, wyśmiewać się z innych dzieci. Tak, syn ma walczyć, gdy przyjdzie na to pora, ale tylko z równymi sobie, nie ze słabszymi. 

Czy było to w jakimś odległym zakamarku czasu, gdy 10-letni brat Eustachego Sapiehy odezwał się pogardliwie do stangreta w majątku Sapiehów, w Spuszy (obecnie na Białorusi), i za karę otrzymał lanie szpicrutą – na gołe siedzenie – oraz musiał przy służbie i rodzicach pocałować stangreta w rękę? Działo się to w pierwszych latach XX w.

I czy to rzeczywiście było bardzo dawno temu, w jakiejś prehistorycznej epoce, która nie wiadomo, czy istniała, gdy dwie siostry z kresowego dworku – jedna z nich to późniejsza babka żony Henryka Sienkiewicza, Wanda Szetkiewiczowa – 12-letnie dziewczynki, wywożone były dzień w dzień, wcześnie rano, saniami lub powozem parę kilometrów od domu, w las, skąd musiały piechotą wracać same, bez względu na pogodę (rzecz jasna dyskretnie eskortowane przez opiekunów ze służby, o czym nie wiedziały)? Czy było to jakieś maniackie prześladowanie przez patologicznych rodziców? 

Wprost przeciwnie – po klęsce rozbiorów, po dramacie pierwszego z powstań narodowych ich czuli i mądrze kochający rodzice byli przeświadczeni, że ich córki od najmłodszych lat muszą kształtować w sobie męstwo i dzielność, z niejednym trudem będą musiały się bowiem w życiu zmierzyć.

Wirtuozi sztuki wychowania

Twarde, konsekwentne, bez niepotrzebnej czułostkowości – choć zapewniające poczucie bezpieczeństwa i niezłomne przeświadczenie, że jest się kochanym – wychowanie domowe chłopców i dziewczynek praktykowane w polskich dworach było uznawane za obowiązek wobec Boga i ojczyzny. 

Dziewczynki wychowywać należało na osoby szanujące autorytet dorosłych, odważne i mądre, radzące sobie w każdych warunkach, nie na mimozy i kokietki, a chłopców na rycerzy, nie utracjuszy, narcyzów i karierowiczów. Dlatego też w wychowaniu domowym polskich dworków jednym z ważniejszych zadań było codzienne ćwiczenie spostrzegawczości. Dzieci musiały opowiadać rodzicom lub nauczycielom, co danego dnia dostrzegły, co było dla nich czymś nowym, co ich zastanowiło podczas spacerów, wypraw do lasu, wspólnych prac czy wizyt towarzyskich. 

Głośne czytanie książek z domowej biblioteki, klasyki, dzieł rozbudzających patriotyzm, słuchanie prelekcji o historii Polski, nauka praktycznych czynności, naprawa odzieży, sprzętów, prace w ogrodzie, w parku, przy koniach, asystowanie przy polowaniach czy wizytach matek w chłopskich chatach, by przynieść lekarstwo, dojrzeć chorych, dopełniały tej nader praktycznej szkoły zdobywania wiedzy o świecie i zasadach nim rządzących. 

Jako zarządzające tą edukacją połączoną z wychowaniem wyróżniały się matki, siłą rzeczy mogące skupić się bardziej niż ojcowie na potrzebach dzieci. Bywały prawdziwymi wirtuozami sztuki wychowania, w której niezmiennie ważnym elementem była sztuka dobrych manier, oparta jednak nie na rygoryzmie formalnym, ale kształtowaniu wrażliwości serca i dobrego tonu, wysokiej kultury obcowania z ludźmi. 

„Jedwabne”, czyli pozbawione wyzwań, trudów pokonywania siebie i swojego lenistwa, gnuśne dzieciństwo, upływające na przyjemnościach i rozrywkach, schlebianie zachciankom rozkapryszonych paniczów i panienek, było w polskich domach ziemiańskich traktowane jako jaskrawy przykład całkowitego moralnego pogubienia, braku rozumu i złego tonu, czyli parweniuszostwa.

Zagłoba wyznacza kurs 

Kazimierz Szetkiewicz, teść Henryka Sienkiewicza, prototyp Zagłoby, ziemianin z Litwy, nie znosił krętaczy i zdrajców. Oburzała go pazerność zrusyfikowanych rodaków. O pewnej znajomej, wdowie, która opuściła męża, by wrócić do niego tuż przed śmiercią dla przypilnowania testamentu, nie wahał się pisać w listach do żony: „ta stara psica na resorach” i „dam dyskę łobuzowi, żeby Jej oplwał kapelusz. Dam i drugą dyskę, niech i bobaka [świstak stepowy – przyp. red.] na nią wypłoszy. A psu bułkę dam, jeśli podniósłszy nogę, pokropi ją”. 

Dziś nieład w życiu małżeńskim jest niemal standardem moralnym i kulturowym, żelaznym tematem kultury masowej i codziennych newsów; zdrady małżeńskie i rozwody osób publicznych, opisywane we wszystkich mediach ze szczegółami, siłą rzeczy stają się także pożywką dla najmłodszych – dla kształtowania ich wyobraźni, rozumowania, uczuć. Jaki może być tego efekt?  

Kazimierz Szetkiewicz był dobrym wychowawcą swoich dzieci. Gdy przebywał na zesłaniu w głębi Rosji (za pomoc powstańcom styczniowym), przeglądał czasem prasę i oto w którymś z petersburskich czasopism znalazł donos na własne córki, Marię (przyszłą żonę Henryka Sienkiewicza) i Jadwigę, które pozostały z matką w zasekwestrowanym majątku w Hanuszyczkach na Litwie. 

Napatoczył się tam reporter ze stolicy, chcąc udowodnić, że rodzina buntownika, a obecnie zesłańca, spokorniała i cienko przędzie. Starsza z sióstr, 10-letnia Maria, zobaczywszy intruza, rzuciła mu prosto w twarz, że uznaje tylko Rząd Narodowy w Warszawie, jest Polką i nią pozostanie, a niech on sam sobie cara kocha, jeśli chce. Oburzony szpicel zażądał, by dzieci odebrać matce i umieścić je w Instytucie Błagorodnych Diewic w Petersburgu. Nie doszło do tego, Wanda Szetkiewiczowa z dziewczynkami wyjechała do męża, który był wówczas w Riazaniu, i tam dotrwali do końca zsyłki.

Czy ta autentyczna „przygoda” kresowej rodziny – opisywana w biografiach Henryka Sienkiewicza – nie mogłaby stać się inspiracją dla rodziców, którzy dzisiaj, w czasach, gdy przeżywamy powtórkę z historii, chcieliby wychować swoje dzieci na ludzi dzielnych i niezłomnych, na mężnych i dobrych Polaków?
 

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE