Ataki z terytorium Białorusi, udostępnianie baz i uzbrojenia Rosji są tego najlepszym dowodem. Od kilku tygodni strona ukraińska i białoruska opozycja ostrzegają, że Mińsk może na szerszą skalę zaangażować się w ten konflikt. Świadczą o tym ruchy militarne po białoruskiej stronie wspólnej granicy z Ukrainą. W Kijowie nie siedzą dyletanci, więc doskonale wiedzą, że operacja może przybrać charakter odwrócenia uwagi lub tzw. uderzeń wyprzedzających. Alaksandr Łukaszenka lubi straszyć – nie tylko Zachód, lecz także swoich obywateli. Jego zdaniem NATO już dawno zakasało rękawy, by wyciągnąć ręce po białoruskie terytorium. Podobną retorykę stosuje wobec Ukrainy, więc nie będzie dziwne, jeżeli zdecyduje się na uderzenie. W ukraińskim tyglu jeszcze nie raz zawrze, a to sprowadza do smutnego wniosku, że dla przetrwania własnego reżimu Łukaszenka nadal będzie wzmacniał zbrojne ramię putinowskiej armii.
Tykająca bomba
Białoruski reżim, choć sam przedstawia siebie jako krzewiciela pokoju, od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę nie jest wyłącznie cichym zapleczem logistycznym armii Putina, lecz pełnoprawnym wsparciem dla agresora.