Mało kto jednak zauważył, tak mi się przynajmniej wydaje, że przyczyny tego stanu rzeczy leżą często całkowicie na wierzchu. Być może nie widzimy ich jako czegoś oczywistego. Wieczne przebodźcowanie. Bombardowanie wzorcami trudnymi do powtórzenia w realnym życiu, zwłaszcza osoby zupełnie przeciętnej. Psychopaci jako modny obiekt zainteresowania, ikony popkultury. Agresja zamiast dyskusji. Podziały klasowe czy już wręcz kastowe. Bezkarność elit. Zmory naszej dorosłości są trucizną pokolenia wchodzącego w dojrzewanie. Ale co sypie się na poziomie jednostek, można próbować naprawiać systemowo. Okazuje się jednak, że dla władzy wygodniejsze jest utrzymywanie patologicznego stanu rzeczy, a może nawet potęgowanie go. Ludzie mają się bać i władzy, i siebie nawzajem, by przypadkiem nie budować między sobą żadnych więzi. Rodzice mają się bać dzieci i bać się o dzieci. Nauczyciele tak samo. Dzieci mają dorastać w cieniu policji lub straży miejskiej pilnującej szkoły. Co następne – militaryzacja placówek edukacyjnych? Rząd mający najwięcej do zrobienia, ale też najwięcej na sumieniu, dla politycznego zysku wskazuje winnych. Głównym winowajcą miał być prezydent, ale nie wyszło. Tusk, mentalnie tkwiący w świecie sprzed 10 lub więcej lat, obwinia więc gry komputerowe. To było modne 20 lat temu, lecz nie potwierdziły tego potem żadne badania. Aż dziw, że nie oskarżył o zły wpływ na młodzież dajmy na to muzyki rockowej. „Kiedyś kupię nóż i powyrzynam wszystkich wkoło” – śpiewał przecież zespół Happysad…
Szukanie winnych
Sporo złego działo się ostatnio w naszych szkołach. Młodzi ludzie z nożami, dziwnymi zainteresowaniami, niepokojącym gustem i historią wyszukiwania, a z drugiej strony pogubieni dorośli. Dyskusja na poziomie obywatelskim nie nastrajała optymizmem. Dla niektórych remedium na wychowanie bezstresowe, którego skutki często widzimy, ma być wychowanie stresowe w sposób skrajny.