Jest to oczywiście boskość dość paradoksalna, albowiem sam będąc demonem, jednocześnie potrafi jednym „dotknięciem” uświęcić rzeczy, które, w oczach wspomnianej grupy były pozbawione znaczenia bądź wręcz postrzegane w sposób negatywny. W ten sposób duńska kontrola nad Grenlandią urosła do rangi absolutnego dogmatu przeciętnego lewicowca/ liberała (szczególnie związanego z obecną władzą), za który jest on w stanie dać się zabić, mimo że jeszcze niedawno nie wiedział, że wyspa ta należy do Danii. Podobnie uświęcony został teraz ONZ. Wystarczyło tylko, że Trump wyszedł z propozycją Rady Pokoju, i już chór oburzonych zaczął rozrywać szaty nad tak haniebnym atakiem na Organizację Narodów Zjednoczonych. Ta okazała się wręcz szczytowym osiągnięciem ludzkości, jedynym i ostatecznym gwarantem pokoju na świecie, który pomarańczowy demon chce zniszczyć. Żeby było zabawniej, w te tony uderzają nie tylko ignoranci, lecz także publicyści, którzy potrafili uczciwie napisać, że ONZ to jedna wielka ściema, organizacja, której istnienie jest tak naprawdę głównie na rękę reżimom, takim jak Rosja, Chiny czy Iran. Jednak za wyrwanie się ze zgodnego chóru krytyków Trumpa czeka absolutna anatema, więc nawet ta niewielka grupa polskich lewicowców i liberałów, która cokolwiek o świecie wiedziała, nie może nawet milczeć, tylko aktywnie brać udział w kolejnych seansach nienawiści do USA. Nieważne, że w ten sposób bronią rosyjskich i chińskich interesów. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o jakość „geopolitycznych analiz” tego środowiska.
Świętość dzięki Trumpowi
Politykę Trumpa można chwalić bądź krytykować, niemniej jednego nie można prezydentowi USA odmówić. Stał się on tak istotnym elementem imaginarium przeciętnego lewicowca/ liberała (odnoszę się tu oczywiście do naszego podwórka, ale sytuacja wygląda podobnie w innych państwach UE), że nabrał wręcz cech boskich.