I tylko do znudzenia można przypominać, że jakoś nie rwał się do gróźb, gdy w czasie rządów PO-PSL pensje nauczycieli rosły wolniej niż trawa na A1. Albo to, że ZNP nie kiwnął nawet palcem, gdy w Krakowie w obronie lekcji historii głodowała grupa byłych opozycjonistów. Albo… Można wymieniać, tylko po co? Pan Wincenty nie jest przecież nauczycielem, w zawodzie nie pracuje. Dawno już zgłosił akces do „totalnej opozycji”. A totalni? Wchodzą w tę smutną grę, zapowiadając, że w zarządzanych przez nich miastach ustanowią na czas planowanego na maj strajku „sztaby kryzysowe” dla dzieci, złożone z wolontariuszy i bezrobotnych. Tak ma być m.in. nie tylko w znanej z wprowadzania LGBT do szkół Warszawie, lecz także w Łodzi, mieście, które dziś na łamach „GP” pokazujemy jako miejsce, gdzie przydałby się sztab kryzysowy nad polityką Hanny Zdanowskiej. I tylko naiwniak może myśleć, że wszystko ma na celu więcej niż wywołanie poczucia chaosu przed wyborami do Europarlamentu. No i walkę o stołek Pana Wincentego, oczywiście. Sam kiedyś nie przeszedłem z klasy do klasy, było to jednak spowodowane moim ówczesnym nieuctwem, a nie nauczycielami. Do tych jakoś zawsze miałem szczęście i nie przypominam sobie, by straszyli mnie brakiem promocji z innych powodów niż moja głupota. Pamiętam też, że nie ma chyba dla ucznia większej groźby niż widmo „wyjęcia roku z życia”. I trudno mi sobie wyobrazić belfra z prawdziwego zdarzenia, który podczas lekcji mógłby powiedzieć: „Jak nie będę miał pinionżków, to będziecie kiblować”. Jeśli to nie terroryzm polityczny, to co nim jest?
Smutna lekcja politycznego terroru
Rzucili się na nas za okładkę „Gazety Polskiej”, na której pokazaliśmy „wiecznego związkowca” Wincentego Sławomira Broniarza jako terrorystę biorącego dzieci na zakładników. Broniarz groził nam procesem. A zaraz potem zapowiadał, że jak nie będzie podwyżek, to – wicie, rozumicie – dzieci mogą nie przejść z klasy do klasy. Tymczasem Wincenty Broniarz idzie o krok dalej i grozi strajkami w przedszkolach. Co następne? Żłobki?