Mamy las, blisko miasta. Świetna sprawa, to oczywiste. Można tam się przejechać komunikacją lub rowerem, można przejść się pieszo, kto ma blisko – i poza innymi spacerowiczami i rowerzystami nic nam nie będzie przypominać, że rozgrzane betonowe mrowisko jest kilkaset metrów lub kilka kilometrów stąd. Można sobie połazić, pojeździć, pooddychać. Tu korci mnie, by sielankę przeciąć pewnym brutalnym wspomnieniem z czasów afery reprywatyzacyjnej w Warszawie, ale… dziś jednak o czymś innym. Ogólnie te lasy to bardzo dobra rzecz, można tam faktycznie odpocząć, zregenerować się fizycznie i psychicznie. Jeśli mam okazję, korzystam i każdemu polecam. Tyle tylko że te lasy tam już są. Nie potrzeba ekspertyz, analiz, dodawania nowych kolorów na stare mapy i stawiania nowych tablic. Chyba że chcemy zarobić na czymś, co jest wspólne, a nie nasze, jak nie przymierzając na „spacerach dendrologicznych”. Nie wiem, kto w Ministerstwie Klimatu wpadł na pomysł stworzenia pojęcia „lasów społecznych”, ale widzę, że ktoś musiał się przy tym nawet trochę napracować: popatrzeć na mapę, namalować jakieś linie, kreski i siatki, ten las zostawiamy na zielono, ten dajemy na żółto i ogłaszamy sukces na konferencji prasowej. I tak doczekaliśmy się otwarcia dla ludzi lasu, który wcześniej też był otwarty dla ludzi. Padło przy tym wiele pięknych słów, wspomniano nawet Tadeusza Mazowieckiego, który gdy stracił w Sejmie przytomność, marzył potem, by udać się do lasu. Patrzę na mapę okolic Warszawy i widzę, że las, w którym często bywam i który już dawno został odkryty przez spacerowiczów i rowerzystów, w którym tyle osób jeździło na koniach, że trzeba było dla nich znaki postawić, też ma być lasem społecznym. Czyli pewnie ktoś wpadnie tam z Warszawy, przetnie wstęgę, lokalny portal dostanie temat inny niż radni leczeni bez kolejki. Polityczne perpetuum mobile – dam ci coś, co nie jest moje i nie będzie twoje.
Rząd dał nam to, co nasze
Polityczne perpetuum mobile – dam ci coś, co nie jest moje i nie będzie twoje.