Ameryka Południowa jest dziś, obok otwierającego się szlaku północnego, drugim bardzo obiecującym kierunkiem dla wielkiej geopolityki. Powodów jest kilka. Pierwszy to bogactwa naturalne. Tzw. trójkąt litowy, czyli Argentyna, Boliwia i Chile, obejmuje państwa posiadające jedne z największych złóż litu na świecie, który jest kluczowy w produkcji baterii i rozwoju elektromobilności. Chile i Peru należą do czołowych producentów miedzi. Brazylia posiada z kolei rudę żelaza, ropę z podsolnych złóż na Atlantyku, metale ziem rzadkich i ogromny potencjał rolny. W Wenezueli znajdują się natomiast największe udokumentowane złoża ropy na świecie. Co więcej, na kontynencie południowoamerykańskim znajduje się też znacząca część światowych zasobów słodkiej wody.
Drugi powód zainteresowania tym regionem to wciąż stosunkowo niskie zaludnienie. Średnia gęstość zaludnienia w Ameryce Południowej to około 25 osób na kilometr kw. – kilka razy mniej niż w Unii Europejskiej. Oznacza to wolną ziemię, rezerwy rolne i miejsce na wielkie inwestycje infrastrukturalne.
Trzeci powód to elastyczność lokalnych rządów, które chętnie przyjmują kapitał zagraniczny. Państwa regionu przyjęły strategię dywersyfikacji partnerów, nazywaną w literaturze „aktywnym niezaangażowaniem” – nie chcą wybierać między mocarstwami i grają kilkoma taliami naraz. Prawicowi i lewicowi przywódcy, od Piñery po Fernándeza, starali się utrzymywać dobre relacje jednocześnie z Waszyngtonem i Pekinem. Nawet Jair Bolsonaro, który przedstawiał się jako najwierniejszy sojusznik Donalda Trumpa, musiał częściowo chronić więzi z Chinami.
Nowa doktryna Monroe’a?
Oczywiście w ramach forsowanego obecnie powrotu do doktryny Monroe’a Stany Zjednoczone traktują obie Ameryki jako swoją wyłączną strefę wpływów. Łatwiej to jednak powiedzieć, niż zrobić. Chiny przez ostatnie dwie dekady aktywnie budowały tam swoją pozycję, której nie da się już łatwo podważyć. Są one m.in. głównym partnerem handlowym Brazylii, Chile, Peru, Urugwaju i Argentyny. Już w 2018 r. do Chin trafiała ponad jedna czwarta brazylijskiego eksportu, a do USA zaledwie 12 proc., zaś w przypadku Chile – ponad jedna trzecia. Handel Pekinu z regionem rósł z 12 mld dolarów w 1999 r. do ponad 300 mld w 2018 r.
Od 2005 r. chińskie banki państwowe udzieliły regionowi pożyczek na ponad 140 mld dolarów – więcej niż Bank Światowy i Międzyamerykański Bank Rozwoju razem wzięte. Do Inicjatywy Pasa i Szlaku przystąpiło ponad 20 państw regionu. Pekin kupuje kopalnie litu (np. udziały Tianqi w chilijskim SQM za 4,1 mld dolarów), buduje port Chancay w Peru, linie przesyłowe i elektrownie w Brazylii, a w argentyńskiej prowincji Neuquén ma stację kosmiczną dzierżawioną na 50 lat. Waszyngton od lat próbuje te wpływy wypierać. Pod naciskiem USA Chile zrezygnowało np. z kabla światłowodowego do Chin, Panama zawiesiła projekty chińskich firm, a Ekwador w zamian za amerykański kredyt musiał odciąć chińskie technologie od telekomunikacji. Skutki tych działań są jednak ograniczone, bo USA nie proponują regionowi porównywalnej oferty handlowej i inwestycyjnej.
Amerykańskie ambicje Berlina
Mniej widoczny, ale równie konsekwentny jest drugi gracz: Niemcy. Już dziś São Paulo bywa nazywane największym niemieckim miastem przemysłowym poza granicami kraju. Działa tam około tysiąca niemieckich firm, od Volkswagena, Mercedesa i Boscha po Siemensa, BASF i Bayera. Berlin, przy wsparciu Brukseli, był też głównym orędownikiem umowy UE–Mercosur, negocjowanej przez ćwierć wieku, a dla niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego i chemicznego otwierającej rynek ponad 270 mln konsumentów. Niemcy zawierają ponadto z Chile i Argentyną partnerstwa surowcowe dotyczące litu i miedzi, inwestują w chilijski zielony wodór i finansują projekty klimatyczne w Amazonii. Unijna inicjatywa Global Gateway zapowiedziała dla regionu ponad 45 mld euro. Cel jest jasny: zmniejszyć zależność od chińskich surowców i amerykańskiego rynku.
Nic więc dziwnego, że wybór prezydenta największego kraju Ameryki Łacińskiej wywołał tak duże emocje. Ostatecznie wygrał proeuropejski Luiz Inácio Lula da Silva, pokonując Flávia Bolsonaro, syna Jaira Bolsonaro. Były prezydent odbywa w areszcie domowym karę za rzekome przygotowywanie zamachu stanu po wyborach w 2022 r. Wyrok ten jego zwolennicy uznają, nie bez przyczyny, za upolityczniony. Teraz komentatorzy zwracają uwagę na kontrowersje wokół samego głosowania, m.in. na przedłużenie pracy lokali wyborczych.
Zastanawia entuzjazm niemieckich mediów wobec Luli, a także przychylność władz zza Odry. Według Reutersa w dniach 9–11 września w Brasílii przebywała delegacja francuskich i niemieckich urzędników, którzy w ramach misji UE rozmawiali z brazylijskim wywiadem ABIN o przeciwdziałaniu obcym ingerencjom w wybory. Jednym z jej celów było „przygotowanie skoordynowanych reakcji przed wyborami w 2026 r.”. Oficjalnie mowa była o ingerencji USA i Rosji w proces demokratyczny. ABIN mówił jednak konkretnie tylko o Stanach Zjednoczonych, od „lawfare” po działania otwarcie deklarowane, tymczasem w sprawie Rosji nie podał żadnych szczegółów. Poparcie administracji Trumpa dla młodego Bolsonaro było bardzo widoczne. O jego bezpośrednich związkach z Moskwą wiadomo natomiast niewiele.
Tajemnicza wizyta
Polska dziennikarka Aleksandra Fedorska pytała wprost, czy Berlin pomógł Luli wygrać. Zwracała uwagę, że w Brasílii byli nie przedstawiciele niemieckich służb czy eksperci od dezinformacji, lecz urzędnicy Federalnej Agencji Sieci (Bundesnetzagentur), regulatora odpowiedzialnego m.in. za sieci przesyłowe, telekomunikację i kolej. Zestawia tę aktywność z decyzją sędziego Cristiana Zanina, notabene byłego adwokata Luli, o ponownym otwarciu lokali wyborczych. Uzasadniono to bowiem poważnymi problemami z transportem publicznym, czyli zmniejszoną lub brakującą flotą autobusów w kilku miastach, które miały naruszać prawo wyborcze. Niemiecka agencja odpowiedziała wymijająco: oświadczyła jedynie, że podczas spotkania „nie omawiano możliwej ingerencji USA w wybory w Niemczech”. Trzeba przy tym uczciwie dodać, że Bundesnetzagentur jest też w Niemczech koordynatorem ds. usług cyfrowych w ramach unijnego aktu DSA, a jego wdrażanie było oficjalnym tematem wizyty. Nie zmienia to faktu, że pytania Fedorskiej pozostają bez jasnej odpowiedzi.
Gesty takie jak sugerowanie, że Kanada mogłaby zostać członkiem stowarzyszonym UE, albo głośne przekonywanie, że wybór Luli jest korzystny dla Europy, bo wydaje się negatywny dla Waszyngtonu, są bardzo ryzykowne. Uderzają bowiem w dwustuletnią tradycję polityki zagranicznej USA, według której ingerencje mocarstw spoza półkuli zachodniej są wyzwaniem rzuconym bezpośrednio Ameryce. Znamienne, że ze wspólnej deklaracji ze szczytu UE–Kanada ostatecznie usunięto sformułowanie o „członkostwie stowarzyszonym”. Z punktu widzenia Niemiec takie gesty są jednak niewątpliwie kuszące. Mogą być odwetem za bezpardonową politykę USA na Starym Kontynencie: żądania terytorialne wobec Grenlandii, krytykę poczynań kolejnych kanclerzy czy działania w Europie Środkowo-Wschodniej bez konsultacji z Berlinem.
Dla Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski, to jednak bardzo niebezpieczna gra. Jeszcze bardziej podkopuje ona relacje transatlantyckie w chwili, gdy rosną ambicje Rosji, a w Niemczech, wraz ze wzrostem poparcia dla prorosyjskiej AfD, słabnie wola, by ją powstrzymywać. Jeszcze niedawno sam uważałem twierdzenia, że Niemcy chcą wypchnąć USA z Europy, za przesadzone. Czasy się jednak zmieniają, a Niemcy działają coraz aktywniej w tym kierunku – i to nie tylko na Starym Kontynencie.