Wskazujemy muchę, wskazujemy podejrzanego. Ten muchy nie krzywdzi, co było do udowodnienia. Więc zapewne nie jest winny także w innych kwestiach. Muchą jest sprawa sprawdzania przez prokuraturę, czy aby Roman Giertych nie był źródłem wycieku zeznań Jarosława Kaczyńskiego w sprawie tzw. dwóch wież. Giertych ma wiele na sumieniu, ale kto by tam w rządzie na to zwracał uwagę? Możliwości są dwie. Pierwsza: prokuratura ustali (a raczej ogłosi, bo nie sądzę, by przeprowadziła rzetelne dochodzenie), że Roman jest niewinny. Ot, i macie dowód: człowiek jak kryształ, inne podejrzenia i zarzuty też były psu na budę! Oto dowód „na muchę”. Możliwość druga: okaże się, że coś jest na rzeczy i trzeba będzie Romana symbolicznie ukarać. Wtedy jeszcze lepiej, bo będzie można trąbić w mediach, że prawo jest takie samo dla wszystkich, a uciekają przed nim tylko tacy zbrodniarze jak Zbigniew Ziobro. Możliwości trzeciej nie borę pod uwagę – nikt nie trzymałby przecież tej sprawy nierozstrzygniętej jako haka na Romana, prawda? Niemożliwe na sto procent! A może nawet na trzysta!
Roman i mucha
„Wysoki sądzie, mój klient nie skrzywdziłby nawet muchy!”.