Od czasów konsultacji międzyrządowych Polski z Niemcami z 2025 r. nie ma w zasadzie żadnych nowych ustaleń. Wspólna deklaracja głosiła jedynie, że rząd w Berlinie będzie analizował możliwość zadośćuczynienia dla żyjących ofiar agresji z 1939 r. Słowa premiera Donalda Tuska o tym, że nie zamierza o nic prosić naszych partnerów, przeszły natomiast zupełnie bez echa. Podobnie jak jego deklaracja, że jeśli Niemcy nie przekażą nam żadnych zadośćuczynień, to jego rząd zrobi to za nich. Czyli wypłaci pieniądze polskich podatników, żeby zadośćuczynić polskim obywatelom za niemieckie zbrodnie. Można by to złośliwie podsumować hasłem: „Pomóż Niemcom, obrabuj się sam!”
PiS punktowało Berlin
Nie ma wątpliwości, że presja ze strony rządu PiS była, delikatnie mówiąc, bardziej skuteczna. Na podstawie raportów komisji ekspertów pod wodzą Arkadiusza Mularczyka MSZ 1 września 2022 r. w oficjalnej nocie dyplomatycznej zażądało odszkodowania w wysokości 6 bln 220 mld 609 mln zł. Suma wydaje się na tyle znaczna, że prawie niemożliwa do uzyskania od naszego zachodniego sąsiada. Opierała się jednak na racjonalnych wyliczeniach kosztów utraconych ludzkich żyć, zdrowia i mienia. Po drugie sztuka skutecznych negocjacji wymaga, aby licytować wysoko, by potem zejść do bardziej akceptowalnej dla obu stron sumy. Nie jest to dla racjonalnie myślących ludzi żadna tajemnica. Celowo użyto przy tym słowa „odszkodowanie”, a nie „reparacje”. Pozwala to na bardziej elastyczne potraktowanie formy uregulowania roszczenia, a poza tym częściowo zbija argumenty strony niemieckiej.
Te są zaś takie, że w 1953 r. Bolesław Bierut zrzekł się jakoby reparacji na rzecz NRD, którego prawnym sukcesorem jest współczesna RFN. Berlin ciągle twierdzi, że podczas konferencji „Dwa plus cztery”, kiedy to negocjowano zjednoczenie Niemiec, Polska ze statusem obserwatora nie podniosła tej kwestii. Tajemnicą poliszynela jest to, że w zamian za to strona niemiecka postanowiła nie podnosić roszczeń terytorialnych do tzw. Ziem Odzyskanych. Rewizjonistyczny resentyment, choć dziś już nie definiuje niemieckiej polityki nawet na skrajnej prawicy, jest nadal odczuwalny w niektórych środowiskach.
Obiecanki cacanki
Jako sugestię, że drążenie kwestii reparacji przez Polskę może obudzić niemiecki rewizjonizm, należy natomiast odczytać słowa Olafa Scholza – również z września 2022 r. Podczas gali wręczenia prestiżowej nagrody M100 Media w Poczdamie stwierdził: „Chciałbym powiedzieć tutaj właśnie, patrząc na Donalda Tuska, jak wielkie znaczenie mają układy, które wynegocjował Willy Brandt, że raz na zawsze ustalona jest granica Polski i Niemiec po setkach lat naszej historii. Nie chciałbym, żeby jacyś ludzie szperali w książkach historycznych, żeby wprowadzić tutaj rewizjonistyczne zmiany granic. To musi być dla nas wszystkich jasne”.
Przytaczam tę wypowiedź za portalem Onet.pl, czyli medium należącym częściowo do niemieckiego kapitału i w tym okresie bardzo krytycznym wobec polityki zachodniej rządu PiS. Wywołała ona niemałą burzę w Warszawie. Wspomniany Onet bardzo zaangażował się wtedy w kampanię wybielającą intencje Scholza – mieliśmy uwierzyć w to, że wystąpienie kanclerza nie było podszyte groźbami w stronę Warszawy. Nie była to tak agresywna przemowa, znana choćby ze stylu Władimira Putina, ale kontekst był aż nadto czytelny.
Mimo to rząd Olafa Scholza zdawał sobie jednak sprawę, że stawką jest dobre imię Republiki Federalnej i spokojna koegzystencja z coraz bardziej asertywnym sąsiadem. Nie bez znaczenia był również fakt, że dekretu Bieruta formalnie zrzekającego się reparacji nie odnaleziono w oryginale. Istnieje jedynie oświadczenie rządu z 1953 r. Nie zostało ono przyjęte przez Radę Państwa ani przez Sejm ani opublikowane, ani też podpisane w stosowny sposób, zgodny z oficjalnym obiegiem dokumentów. Na stole poza odszkodowaniami dla ofiar znalazło się wsparcie dla odbudowy infrastruktury bezpieczeństwa na wschodniej granicy, przekazanie Polsce niemieckich łodzi podwodnych i odbudowa Pałacu Saskiego.
Indolencja i coraz trudniejsze negocjacje
Niemcy czekali do wyborów parlamentarnych i się doczekali. Teraz rząd Donalda Tuska nie jest w stanie uzyskać nawet tego, co Berlin pozornie chciał dać, i zawiesza w powietrzu niemądre sugestie na temat wypłaty środków z polskiego budżetu. Równocześnie zamyka się polityczne okno szansy. Rząd Friedricha Merza może być ostatnim niemieckim gabinetem, z którym możemy się w tej sprawie pragmatycznie dogadać. Gdy nad Renem do głosu zaczną odchodzić głosy coraz bardziej nacjonalistyczne, od polityki negocjacji będziemy przechodzić – przynajmniej w polityce historycznej – do konfrontacji.
Ze strony AfD pojawiają się nawet żądania reparacji odwrotnych. Kay Gottschalk, odpowiedzialny za finanse w gabinecie cieni Alternatywy dla Niemiec, zapowiedział, że jeśli jej partia dojdzie do władzy, zażąda od Polski 1,3 mld euro reparacji za rzekomy udział w wysadzeniu Nord Streamu. Powiedział wręcz, że będzie to jej „pierwszy krok jako ministra finansów”. Inny działacz AfD Fabian Keubel w odpowiedzi na polskie żądania stwierdził: „Afroamerykanie Europy znów marudzą i się użalają... Czy powinniśmy im podarować paczkę chusteczek w ramach reparacji?”. Z kolei Tino Chrupalla, współprzewodniczący AfD, w programie „Markus Lanz” w telewizji ZDF (11 listopada 2025 r.) stwierdził, że Polska inaczej niż Rosja może stanowić dla Niemiec zagrożenie.
Na szczęście tak brutalna polityka naszego zachodniego sąsiada prawdopodobnie się nie ziści. Działaczom AfD może się wydawać, że mają w Europie tak silną pozycję jak USA w skali globu, a reszta państw kontynentu to tylko odpowiednik Kanady czy Meksyku. Tak nie jest ze względów oczywistych – demografii i PKB. Jest jednak faktem, że jeśli Warszawa będzie chciała coś wymusić na nowych, nacjonalistycznych Niemczech, to nieodłącznym elementem jej polityki zagranicznej powinna być współpraca z Paryżem, Rzymem i innymi chętnymi europejskimi stolicami, a także z Waszyngtonem. Nie będzie to łatwe, ale nie jest to niewykonalne. To ważne zadanie dla kolejnego rządu. Gabinet Donalda Tuska nie potrafi bowiem w relacjach z Berlinem „dowieźć” dosłownie niczego.
Wyrażone poglądy stanowią prywatną opinię autora i nie są stanowiskiem instytucji z nim powiązanych.