Szef tamtejszego urzędu własności intelektualnej bronił produktów shanzhai jako „rodzaju innowacji”. Państwowa prasa zachwycała się polską ceramiką i stawiała Bolesławiec w jednym rzędzie z historyczną stolicą chińskiej porcelany, podczas gdy chińskie fabryki już kopiowały. Podziw i kradzież idą tam w parze. Prawdziwy skandal obejmuje jednak działania w Warszawie. Unijna ochrona oznaczeń geograficznych dla rzemiosła działa od grudnia – nasi południowi sąsiedzi już z niej korzystają, Francuzi zgłosili porcelanę z Limoges. Polska nie złożyła ani jednego wniosku, bo rząd Donalda Tuska przez ponad dwa lata nie doprowadził nawet do uchwalenia ustawy wdrażającej unijne przepisy. Ekipa, która „przywróciła Polskę Europie”, nie umie wypełnić europejskiego formularza. Chińczycy kopiują naczynia, podczas gdy nasi rządzący „produkują” głównie bezradność.
Rachunek za naiwność
Chińskie podróbki duszą bolesławieckie zagłębie ceramiczne: skopiowane logo, zalew tandetnych imitacji, bezradne interwencje. I nagle wielkie zdziwienie. Czym tu się dziwić? Kradzież cudzej własności intelektualnej to w komunistycznych Chinach nie margines, lecz filar modelu gospodarczego – od kubka po myśliwiec.