Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Jacek Liziniewicz
11.10.2026 19:19

Przyroda musi się strzec swoich obrońców

XXI w. to czas zachowywania pozorów. Nigdy ich budowanie nie było prostsze niż w ostatniej dekadzie. Żyjąc od awantury do awantury, sprawiamy, że bardziej skupiamy się na pozorach niż na wartościach. Chyba nigdzie nie widać tego tak doskonale, jak w ochronie przyrody i praw zwierząt.

Ewidentnie mamy czas przełomu, jeśli chodzi o podejście do zwierząt. Przykładem mogą być watahy dzików wałęsających się po stolicy. Nawet do głów najbardziej infantylnej lewicowej jaczejki dotarło już, że istnieje ogromny problem. Mieszkańcy Warszawy, którzy do tej pory sączyli ckliwe kawałki o miłości do zwierzątek, powoli mają ich dosyć. Dziki najzwyczajniej w świecie utrudniają im życie. Każda historia jest inna – jeden boi się wychodzić z psem na spacer, ktoś inny został pogoniony. Komuś dziki zryły trawnik albo wyjadły holenderskie tulipany. Ogółem już połowa Warszawiaków ma dosyć panoszących się dzikich zwierząt. I oczekuje od władz rozwiązania problemu – najlepiej po europejsku. Czyli jak? 

Stolica hipokryzji 

W absolutnie niesamowitym filmie „Zielona mila” jest scena, w której skazany na śmierć morderca „Del” żegna się ze swoją myszką. Będąc już w więzieniu, zaprzyjaźnił się ze zwierzątkiem i nauczył je kilku sztuczek. Strażnicy, aby uspokoić skazańca przed egzekucją, wymyślili historię o Mouseville na Florydzie. To miejsce, do którego mieli wysłać Pana Jinglesa, a także tresowane myszy z całego świata. W bajce istniał tam mysi cyrk, gdzie zwierzątka występują przed publiką i dostają jedzenie – taki mysi raj. Mam wrażenie, że lewicowe media chcą wmówić Warszawiakom i swoim odbiorcom, że gdzieś w Polsce – nie wiadomo tylko gdzie – jest Mouseville, do którego można zabrać dziki. 

Może to nie byłoby najgorsze, bo przecież „Gazeta Wyborcza” i inne media nieraz robiły z czytelników kretynów. Nie ma z tym problemu też Koalicja Obywatelska w odniesieniu do własnego elektoratu. Gorzej jest, gdy wyborcy oczekują takiej właśnie bajki. Warszawiacy chcą pozbyć się dzików, ale tak, aby móc się oszukiwać, że zapewnili zwierzaczkom szczęście. 

Przesadzam? Oto jeden z ostatnich artykułów w „Gazecie Wyborczej”. „Nie trzeba będzie zabijać dzików w Warszawie? Jest przełom. Rozporządzenie to nie Biblia, można je zmieniać” – napisał Jakub Chełmiński. Dziennikarz twierdzi, że możliwe jest to, by Warszawa wywoziła dziki. „Warszawa już raz poradziła sobie z dzikami w o wiele bardziej humanitarny sposób – przez ich wywożenie z miasta. Podobny jak obecnie wzrost liczebności dzików mieliśmy mniej więcej od 2005 r. (…). Sposobem okazało się wywożenie zwierząt. Pierwsze odłownie stanęły w miejskich lasach w 2008 r.” – czytamy w artykule. 

Abstrahując od tego, że metoda okazała się niezbyt skuteczna, to paradne są słowa, które padły dalej. „Lasy miejskie podpisały porozumienie z 20 kołami łowieckimi, które przyjmowały zwierzęta na swój teren. Warszawskie dziki jeździły m.in. do województw warmińsko-mazurskiego, pomorskiego, wielkopolskiego. Dziki starano się wywozić minimum 40 km od Warszawy, żeby nie wracały. Wypuszczano je np. w okolicach Mszczonowa, Żyrardowa, Grójca, ale też w Puszczy Goleniowskiej, czyli aż 450 km od stolicy” – podano. 

A zatem Warszawa zatrudniła myśliwych, aby połapali dziki, wywieźli je gdzieś w Polskę i tam na nie polowali. Absurd? No absurd, ale pozwala zachować czystość sumienia. Czego wszakże oczy nie widzą, tego sercu nie żal. A może jednak było tak, że żaden z 3366 dzików nie dojechał do Mouseville, a skończyły żywot – jak to mawiał Pawlak w „Nie ma mocnych” – naturalną śmiercią od obuszka tuż za rogatkami? Nikogo to już nie interesuje. Rączki wszyscy mają czyste, a dziennikarz może odtrąbić sukces. O tym, że zatrudniliśmy do rozwiązywania własnych problemów myśliwych, na których na co dzień plujemy, nie wspomnimy zbyt obficie. 

Krowi przykład 

Dziki to tylko jeden z przykładów. Nie sposób nie zauważyć, że stołeczne podejście do przyrody realizuje większość środowisk zajmujących się ochroną praw zwierząt. Interesują się sprawami w zasadzie tylko wtedy, kiedy jest o nich głośno – szczególnie, gdy w świetle fleszy można się ogrzewać i zbierać granty, które są następnie przejadane. A jak opinia publiczna zajmie się czymś innym, to porzucamy przedmiot ochrony. Pamiętacie walkę aktywistów o tzw. wolne krowy z Deszczna? Przypomnę. W tej miejscowości żyły sobie zdziczałe krowy. Ponoć kiedyś miały właściciela, ale ten nie był zbyt lotny i nie potrafił się nimi opiekować, więc zwierzęta żyły sobie samopas przez dłuższy czas. W końcu urzędnicy postanowili stado – nielegalne – wybić. Był 2019 r., zbliżała się kampania wyborcza. Temat wydawał się idealny do nakręcenia histerii. Aktywiści prozwierzęcy zaczęli dosłownie wyć, że to skandal, bo państwo zgodnie z sanitarnymi przepisami chce zlikwidować krowy. 

Przepychanka trwała miesiącami. Wypowiadał się Jarosław Kaczyński, który interweniował u Jana Krzysztofa Ardanowskiego. W sprawę zaangażował się prezydent Andrzej Duda. „Minister Krzysztof Ardanowski oraz główny lekarz weterynarii Bogdan Konopka zapewnili mnie, że szukają szczęśliwego rozwiązania dla stada z Deszczna. Jestem pewien, że je znajdą, mimo że przepisy UE nakazują zabić te zwierzęta. Polak potrafi! Trzymamy kciuki za stado z Deszczna” – pisał prezydent. 

Aktywiści pisali też do... papieża Franciszka. W końcu zostawiono samorząd ze sprawą, który wydawał 3,5 tys. zł dziennie na utrzymanie krów. Ta przycichła i nie było komu dbać o zwierzęta. W końcu nastąpił przełom: wolne krowy w liczbie 186 przekazano aktywistom, którzy mieli im zapewnić szczęśliwe życie. I jak się to skończyło? W pierwszym roku padło 75 sztuk. Skakały na siebie i łamały sobie kości. Do dzisiaj nie żyje już żadna „wolna krowa”. Co więcej, sprawa trafiła do prokuratury, bo ponoć sprzedano je do rzeźni. 

Łańcuchy i kojce 

Trzeci przykład jest świeższy. Oto bowiem kilka miesięcy temu informowano, że rozwiązano problem psów na łańcuchach. Koalicja Obywatelska i jej przystawki wykazały się niebywałym wręcz człowieczeństwem i skończyły z męczeniem czworonogów. W ustawie nie zamieszczono jednak rozmiarów kojców ani warunków dobrostanu psów. Te koalicja miała uregulować rozporządzeniem. 

Wtem Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi zaprezentowało swoje rozwiązanie. Otóż psom ma wystarczyć kojec o wielkości… czterech metrów kwadratowych. Łatwo obliczyć, że czworonóg, któremu założy się trzymetrowy łańcuch, będzie miał do dyspozycji… 27 mkw. Przyjęto ustawę i odtrąbiono sukces. Wszyscy sobie podziękowali, a finalnie psy trafią do kojców, w których będą miały mniej miejsca, niż gdyby przywiązać je do 1,5-metrowego łańcucha! Tutaj jednak uczciwie trzeba przyznać, że aktywiści próbują walczyć z tym absurdem.

Nie zmienia to jednak faktu, że politycy zrozumieli uwolnienie z łańcucha tak, jak w rozporządzeniu. I dokładnie tak się kończy większość działań prowadzonych w ramach ochrony przyrody. Na kontaktach z ludźmi ekologia zazwyczaj tylko traci. Człowiek najczęściej nie chce reprezentować interesów zwierząt. Buduje pozory i robi to, co dla niego wygodne. Najczęściej bracia mniejsi są tylko instrumentem w grze pełnej hipokryzji.
 

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE