Miałem przyjemność wziąć udział w panelu dyskusyjnym po projekcji serialu „Szlak Nadziei. Bitwa o Monte Cassino” i filmów wyprodukowanych z pomocą festiwalowej Akademii Filmowej. W dyskusji brali udział przedstawiciele IPN-u i Instytutu Pileckiego. Wiele było mówione o aktywizacji młodzieży przez różne konkursy czy gry. To wszystko bardzo cenne, ale postawiłem do dyskusji sprawę, która moim zdaniem jest ważna, jeśli chodzi o środowisko filmowe. Chodzi mianowicie o to, że twórcy „prawej” strony filmowego świata często kręcą się w zamkniętej bańce pokoleniowej. Zapraszają do swoich projektów najczęściej scenarzystów, operatorów, muzyków, aktorów ze starszego pokolenia, bliższego im ideowo, czy jeśli chodzi o percepcję świata. A być może do takich zespołów twórczych należy wciągać pokolenie młodsze, lub takie naprawdę dużo młodsze – po to, żeby budować coś, co potem w nich zostanie jako przyszłych twórcach: głębokie przeżycie związane z prawdziwymi ludzkimi losami, trwania przy wartościach wbrew możliwym niebezpieczeństwom i zagrożeniom, faktycznego poświęcenia zdrowia, życia, karier dla dobra wyższego – ojczyzny. To przecież piękna forma miłości. A filmy były, są i będą robione o miłości. Tyle że pokoleniom młodych twórców trzeba pozwolić doświadczać tego przekazu miłości przez wspólną pracę nad projektami. Inaczej pozostanie w ich oczach jedynie jakiś obraz niepotrzebnego patosu, wyświechtanych haseł, pięknych, lecz zupełnie nieżyciowych ideałów. Twórcy filmowi muszą kształcić swoich uczniów – nie tylko w kwestii warsztatu, lecz także tematów, które w filmach można poruszyć. Bo te „historyczne”, dotyczące dziejów Polski, są naprawdę fascynujące, gdyż ciekawe, mocne, prawdziwe, o historii niezwykłych ludzi. A film potrzebuje dobrych bohaterów. I tacy istnieją. Na pewno zafascynują młodych ludzi – jeśli ich zaprosimy do wspólnego opowiadania historii tych bohaterów.