Nie chodzi o fakty. Setki tysięcy zamordowanych cywilów, masowe gwałty, zbrodnie japońskiej armii cesarskiej z grudnia 1937 i stycznia 1938 r. to prawda historyczna, której nikt rozsądny nie kwestionuje. Chodzi o to, co się z tymi faktami robi dzisiaj. I dlaczego akurat dzisiaj.
Promocja ze strony Chin
Bo to nie jest przypadek, że film wszedł właśnie teraz do kin w Polsce. „Masakrę w Nankinie” wyprodukowało China Film Group Corporation – państwowy gigant podlegający bezpośrednio chińskim władzom. Światowa premiera miała miejsce 25 lipca 2025 r., w przeddzień 80. rocznicy kapitulacji Japonii. Film jest elementem państwowej kampanii rocznicowej – tej samej, w ramach której 3 września 2025 r. Pekin zorganizował wielką paradę wojskową z udziałem Putina i Kim Dzong Una. Jednak prawdziwy wybuch promocji w Europie nastąpił później – po listopadzie ub.r., gdy nowa, konserwatywna premier Japonii Sanae Takaichi powiedziała w parlamencie, że chińska napaść na Tajwan mogłaby uruchomić japońską interwencję wojskową. Po raz pierwszy w historii urzędujący szef japońskiego rządu mówił to wprost. Pekin zażądał wycofania tych słów. Takaichi odmówiła. I właśnie wtedy chińskie placówki dyplomatyczne zaczęły wyjątkowo agresywnie promować „Masakrę w Nankinie” na rynkach europejskich – w tym w Polsce.
Współczesna Japonia nie jest państwem z 1937 r. To najbliższy sojusznik Stanów Zjednoczonych w Indo-Pacyfiku, należy do QUAD razem z USA, Australią i Indiami oraz stanowi kluczowe ogniwo powstrzymywania chińskiej ekspansji w regionie. Tym bardziej staje się celem narracji historycznej. Film działa jak polityczna soczewka: bierze przeszłość i ustawia ją tak, aby widz wychodził z kina z podświadomym przekonaniem, że Japonii nie da się ufać. Klasyczna operacja informacyjna – nie zmienia się faktów, zmienia się ich kontekst.
Nieprzypadkowe uderzenie w Japonię
Schemat budowania narracji wokół filmu jest podręcznikowy. We wrześniu 2025 r. chińska ambasada w Tokio zorganizowała własny pokaz dla 150 widzów, na którym wystąpili starannie dobrani Japończycy: była tłumaczka japońskiej stacji NHK i emerytowany oficer Sił Samoobrony. Mówili dokładnie to, czego Pekin oczekiwał – że Japonia „nie zmierzyła się ze swoją historią” i że jej obecne plany militarne są groźne. Następnie chińskie media państwowe – „China Daily”, CGTN, Xinhua – produkowały kolejne teksty, w których film stawał się dowodem na to, że Tokio „nie zmieniło się od 1937 r.”. Ten sam mechanizm trafił teraz do Polski. 29 kwietnia na oficjalnym profilu Ambasady ChRL w Polsce w serwisie X opublikowano materiał chińskiej państwowej telewizji CCTV o pokazach „Masakry w Nankinie” w warszawskim Multikinie i innych polskich kinach. To nie „zainteresowanie kulturą”. To komunikacja państwowa – ten sam schemat co w Tokio. Tylko obsada inna.
Bo najciekawsze jest to, kogo CCTV wybrało na „lokalnych widzów”. Pierwszy z nich to Tomasz Gryguć – publicysta, który publicznie popiera rosyjską inwazję na Ukrainę, jeździ na Białoruś i w wywiadach dla tamtejszych mediów powiela tezy rosyjskiej propagandy. W jednym z nagrań stwierdził, że marzy o nuklearnym uderzeniu na Kijów, bo „taka nuklearna zagłada nad Dnieprem” miałaby ponoć „wyrównać teren”. Współpracował z Grzegorzem Braunem. Przed kamerą chińskiej telewizji państwowej występuje jako spontaniczny „lokalny widz”, wzruszony japońskimi zbrodniami z 1937 r.
Drugi komentator w tym samym materiale to prof. Wojciech Nowiak z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu – CCTV podpisuje go po chińsku jako „polskiego wykładowcę akademickiego” i opatruje cytatem, że „Chiny mają powód się obawiać”. To nie jest przypadkowy widz wyłapany w foyer kina. To regularny uczestnik sympozjów think tanków China-CEEC – formatu organizowanego przez Chińską Akademię Nauk Społecznych, czyli instytucję podlegającą KC Komunistycznej Partii Chin. Brał udział w 9. i 10. edycji tego sympozjum. Wyjeżdżał do Pekinu z wykładami o tym – cytuję jego własne słowa z portalu UAM – jak poprawić wizerunek Chin w Polsce, bo „Chińczycy są u nas tak źle odbierani”. W tym samym wywiadzie przekonywał, że nie należy „poddawać się opiniom zazdrosnej konkurencji czy świadomej polityce niektórych państw z USA na czele”. Już w 2006 r. krytykował powołanie Antoniego Macierewicza na likwidatora WSI jako „decyzję polityczną” i postulował, żeby służby wojskowe „zostawić w spokoju”. Linia jest spójna: mniej konfrontacji, więcej tzw. realizmu – akurat w tych miejscach, w których zachodni sojusznicy widzą zagrożenie.
To nie jest reportaż ani opinia widza. To propaganda – starannie skomponowana z dwóch rejestrów. Gryguć daje Pekinowi twarz „zwykłego Polaka”, spontanicznie potępiającego japoński militaryzm – w realu skrajnego zwolennika Putina. Nowiak daje pieczątkę uczelni państwowej, akademicki sznyt i argument, że krytyczne nastawienie wobec Chin to tylko amerykańska propaganda, której rozsądny człowiek nie powinien ulegać. Razem, w jednym kadrze CCTV, tworzą pełen łańcuch oddziaływania: ulica i katedra oraz emocja i „realizm”. Pekin nie potrzebował ich szukać po zaułkach. Wystarczyło, że uruchomił sieć, którą cierpliwie buduje od lat – sieć, w której ci sami ludzie jeżdżą na sympozja w Chinach, ci sami komentują geopolitykę zgodnie z narracją Pekinu i Moskwy i w razie potrzeby mówią do kamery dokładnie to, co Pekin chce usłyszeć.
„Masakra w Nankinie” nie jest więc tylko filmem. To narzędzie. Trafiło ono na polskie ekrany w momencie, w którym Pekin wprost spiera się z Tokio o Tajwan i potrzebuje historycznej amunicji do uderzania w japońską reputację w Europie. I tu nasuwa się pytanie, na które nikt w polskiej debacie publicznej nie chce sobie odpowiedzieć. Nie chodzi o to, żeby zakazać tego filmu – wolność słowa i dystrybucji jest fundamentem, którego sami nie chcemy podważać. Pytanie brzmi inaczej: jak to się stało, że propaganda państwa otwarcie sojuszniczego wobec Moskwy ma w Polsce nie tylko swobodne wejście do sieci kin, ale też scenę, na której chińska ambasada inscenizuje sobie sukces operacyjny i raportuje go w mediach państwowych KPCh? Kim są polscy dystrybutorzy, którzy przyklepali kontrakt z chińskim producentem państwowym i grają tak, jak im Pekin zagra? Gdzie są ostrzeżenia służb odpowiedzialnych za ochronę przed obcym wpływem informacyjnym? I wreszcie – dlaczego nasza wolność słowa jest jednostronna? W Chinach polskie filmy o naszej traumie nie wchodzą do szerokiej dystrybucji. Chiński widz nigdy nie zobaczy produkcji takich jak „Katyń”, „Wołyń” ani „Smoleńsk”. W Polsce – chińska propaganda o japońskich zbrodniach gra w Multikinie z udziałem ambasady i statystów dobranych przez CCTV. To nie jest wolny rynek idei. To rynek, na którym jedna strona ma karabin, a druga otwarte drzwi.