Wiadomo też, że za ten niski wskaźnik głównie odpowiada absencja na prowincji. „Prości ludzie” jakoś nie pchają się na brukselskie salony i nie przywiązują wagi, kto tam będzie „robił za eura”. Niestety ten kij ma dwa końce, bo w dużych miastach mobilizacja jest spora, wiadomo, wszystkie kompleksy i snobizm nakazują być bardziej amerykańskim od Amerykanina. Dla PiS jest to najważniejszy problem wyborczy, którego zresztą politycy nie ukrywają. Nie przypadkiem przemówienia Jarosława Kaczyńskiego od dłuższego czasu zawierają magiczne hasło: „Trzeba iść na wybory, te wybory są ważne”. Słuszny apel, ale wiadomo, że taka mobilizacja działa słabo i nigdy nie zastąpi prawdziwej emocji, do której nie potrzeba już żadnych słów. Politycy dwoją się i troją, żeby odpowiedniej emocji poszukać, i gdy się nie udaje, to na siłę wywołują zastępcze podniety. Zdarza się jednak, że przeciwnik polityczny wystrzeli z grubej armaty, a kula rykoszetem wróci do niego. Tak się stało z barbarzyńskim domalowywaniem tęczowej aureoli Matce Boskiej.
Profanacją obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, która na prowincji jest świętością, lewacy „pobawią” się góra parę dni, jak dzikami i bananami. Wierzący Polacy z miasteczek i wsi, gdzie ciągle kopia Czarnej Madonny jest obnoszona po domach, zapamiętają to na długo, do 26 maja na pewno. PiS dostał prezent od Matki Boskiej.