Marcin swój pierwszy mecz wyjazdowy zaliczył w 1985 r. Lechia grała wówczas w Łodzi z ŁKS-em. Odtąd biało-zielona brać pozostała już na zawsze w sercu „Marchewy”. Do 2017 r. jeździł za ukochanym klubem po całej Polsce. Był z Lechią na dobre i na złe. To dzięki takim kibicom klub w najbardziej kryzysowych latach podniósł się z kolan i przemaszerował od A-klasy do ekstraklasy. Był jednym z akcjonariuszy mniejszościowych spółki Lechia Gdańsk.
Dzięki takim kibicom przetrwały też wolnościowe tradycje, z których Lechia słynęła w ostatniej dekadzie komunistycznego zniewolenia. Marcin miał serce po prawej stronie, chociaż starał się być jak najdalej od politycznych sporów. Lubił się jednak na ten temat przekomarzać. Był typem człowieka szalonego, w jego głowie roiło się od żartów. Ludzie lubili przebywać w jego otoczeniu. Miał dobre serce. Nigdy nie przeszedł obojętnie wobec potrzebujących pomocy.
Druga miłość stadionowa „Marchewy” to reprezentacja. Był na wszystkich ważniejszych turniejach, na których występowała polska drużyna. W gronie fanów Lechii mógł być nawet rekordzistą pod względem liczby meczów reprezentacji, które obejrzał na żywo. Inną pasją naszego zmarłego kolegi były podróże. Dzielił ją z żoną Anią, o której mawiał, że jest jego „aniołem stróżem”. I tu się nie pomylił. Ania bardzo o niego dbała, kiedy zaczynało mu szwankować zdrowie. Pierwsze poważne ostrzeżenie pojawiło się rok temu. Spowodowało, że Marcin zmienił tryb życia. Patrząc z ludzkiego punktu widzenia – Pan Bóg dał mu czas, żeby poukładał lepiej doczesne sprawy.
Niektórzy mogliby pewnie wyliczyć wiele życiowych błędów Marcina. Tak, miewał i słabsze chwile. Oddajemy je już teraz Miłosierdziu Bożemu. Okoliczności śmierci są tym momentem w naszym życiu, kiedy poruszamy się po obszarze świętym i tajemniczym zarazem, bo na tym obszarze Boża świętość i tajemnica ludzkiej nieprawości wychodzą naprzeciw siebie. Co więcej, jak zauważył jeden z kaznodziejów, „skruszona ludzka nędza i Miłosierdzie Boże całują się nawzajem”. Wszyscy musimy wobec tej rzeczywistości przyjąć postawę zgiętych kolan. Wtedy (znów posłużę się cytatem, tym razem z „Ojca Goriota”) „doświadczymy owych szlachetnych i pięknych wyrzutów, których wartość rzadko oceniają ludzie, kiedy sądzą bliźnich, a które często każą aniołom w niebie rozgrzeszyć zbrodniarza skazanego przez ziemskie trybunały”.
Śmierć Marcina wywołała reakcję jego wiernych przyjaciół. Tłumnie w ostatnich dniach uczestniczyli w modlitwie różańcowej za jego duszę. To było wzruszające doświadczenie.
„Marchewę”, naszego drogiego przyjaciela, pożegnaliśmy w sobotę.
Żegnaj, Bracie. Niech Cię Bóg przygarnie do wiecznego życia w niebie. Do zobaczenia w sektorze niebo!