Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Tȟašúŋke Witkó,
22.07.2020 15:00

Poszukiwanie złota i stali

Pewien mediolański kondotier, Gian Giacomo Trivulzio, gdzieś w połowie ubiegłego tysiąclecia stwierdził, że do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy, a mianowicie: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Sto lat temu, w celu przełamania impasu wojny pozycyjnej, wymyślono niesamowicie drogi czołg i użyto go oraz podjęto pierwsze próby przeniesienia walki w powietrze, wprowadzając do działań jeszcze droższy samolot. W czasie II wojny światowej technika bojowa zdominowała całkowicie pola bitewne, a po jej zakończeniu czterodekadowy wyścig zbrojeń nasycił armatami i bombami aż dwa kontynenty w stopniu nikomu wcześniej nieznanym. Po ogólnoświatowym rozprężeniu, obwieszczonym obaleniem muru berlińskiego, armijne magazyny opróżniono na irackich pustyniach i – nieco później – w afgańskich górach, odkrywając przy okazji dobrodziejstwa płynące ze wsparcia żołnierskiego mózgu przez komputery. 

Po owych zawieruchach stopniowo wjeżdżano wozami bojowymi do pomieszczeń garażowych, statki powietrzne zamykano w hangarach, a potencjalni rekruci zajęli się intensywną obsługą wielofunkcyjnych telefonów, nie zawracając sobie nawet głów istnieniem karabinków. 

Żarty się skończyły

Struktura wojska zaczęła się zmieniać, ponieważ kosztem jednostek liniowych, przeznaczonych do bezpośredniej walki, zaczęto powoływać do życia kolejne sztaby, których głównym zadaniem była produkcja ton papieru zadrukowanego wątpliwej jakości rozkazami i wytycznymi. Pasy taktyczne w ośrodkach szkolenia poligonowego, latami ryte kołami i gąsienicami przeróżnych pojazdów, opustoszały i zaczęły porastać bujną roślinnością, a podczas parad politycy ściskali dłonie dumnie wyprężonych i odzianych w umundurowanie galowe generałów, błagając zaprzyjaźnionych wiarusów o zapewnienie, że najazd światowego bandziora na Tbilisi był jedynie przykrym, niepowtarzalnym incydentem, a Gruzini zaszkodzili sobie sami, niepotrzebnie drażniąc kremlowskiego niedźwiedzia. Dopiero rok 2014 i aneksja Krymu uświadomiły wszystkim, że żarty się skończyły i nastał czas przygotowania własnych narodów na orężną konfrontację, toteż decydenci rzucili się natychmiast na poszukiwanie złota i stali.

Bundeswehra potulna i w rozkładzie

Złota i stali zaczęli na gwałt potrzebować Niemcy, kiedy wyszło, że na międzynarodowe ćwiczenia pod kryptonimem „Noble Ledger 2014” wysłali do Norwegii swoje bojowe wozy piechoty Marder z pomalowanymi na czarno kijami od szczotek, mającymi imitować etatową broń pokładową, jaką są karabiny maszynowe MG3. Cała sprawa ujrzała światło dzienne na początku 2015 r. i spowodowała potężne zamieszanie medialne. Ministerstwo obrony kierowane przez Ursulę von der Leyen wydało mętny, wymijający komunikat, stwierdzający, że ersatz uzbrojenia posiadały jedynie pojazdy dowódcze, niebiorące bezpośrednio udziału w kontaktach ogniowych. Przytoczone opowieści nikogo nie przekonały i co bardziej dociekliwi teutońscy żurnaliści zaczęli bacznie śledzić i opisywać kondycję Bundeswehry, ta zaś była faktycznie w opłakanym stanie. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że przywołana powyżej minister von der Leyen odpowiadała za taki stan rzeczy jedynie w stopniu niewielkim, gdyż tekę szefa resortu obrony objęła w grudniu 2013 r., a podobne ćwiczenia jak te na terenie Norwegii planuje się z minimum półtorarocznym wyprzedzeniem. Należy więc założyć, że proces degrengolady niemieckich sił zbrojnych rozpoczął się już w czasie kierowania ministerstwem przez Karla-Theodora zu Guttenberga – finalnie odwołanego ze stanowiska za serię wypadków w wojsku, niedostateczny nadzór nad nim i plagiat pracy doktorskiej – oraz jego nie mniej nieudacznego następcy, Thomasa de Maizière. Nadreńska prasa wciąż szeroko komentowała braki w wyposażeniu indywidualnym żołnierzy, począwszy od bielizny, a skończywszy na namiotach. Dostało się nie tylko zaopatrzeniowcom, lecz także służbom technicznym. Wytknięto im potężne niesprawności sprzętu w każdym rodzaju wojsk i brak właściwej dbałości o powierzone mienie, co finalnie doprowadziło do sytuacji, w której niemieccy piloci śmigłowców musieli podtrzymywać nawyki, latając na wynajętych maszynach cywilnych, co pozwalało im także zachować posiadane licencje. Rzeczą najbardziej uderzającą w całej sprawie była powściągliwość w wyrażaniu opinii, a wręcz kamienne milczenie najwyższych dowódców.

Francuski sztab generalny się burzy

Milczenie najwyższych dowódców nie charakteryzuje za to generalicji znad Loary, otwarcie wyrażającej troskę o los i kondycję trójkolorowej armii. Pierwszym żołnierzem nawołującym Pałac Elizejski do zwiększenia wydatków na obronność był generał Pierre de Villiers, szef francuskiego sztabu generalnego, który grudniu 2016 r. publicznie poprosił decydentów o stopniowe dosypywanie grosza do opustoszałej militarnej szkatuły. W sukurs ruszył mu natychmiast emerytowany generał Vincent Desportes, były attaché wojskowy ambasady francuskiej w USA i doradca szefa Sekretariatu Generalnego ds. Obrony i Bezpieczeństwa – międzyministerialnego organu działającego przy premierze Francji. Obaj panowie wskazali nowe, poważne zagrożenie dla obronności kraju, jakim byli ekstremiści z tzw. Państwa Islamskiego, i wyartykułowali pilną potrzebę zakupów nowego sprzętu oraz modernizacji już używanego. Ówczesny prezydent V Republiki François Hollande stwierdził, że pieniędzy wojsko ma dość i że więcej ich nie będzie. Swoją prośbę o finanse szef sztabu ponowił wiosną 2017 r., kiedy prezydentem został Emmanuel Macron, i ponownie spotkał się z odmową, co spowodowało u generała wzmożenie emocjonalne, uwieńczone soczystą żołnierską odpowiedzią, skierowaną w stronę jego cywilnych zwierzchników. Typowo koszarowa przemowa nie mogła spodobać się politykom, powstał tumult w mediach i 17 lipca 2017 r. Pierre de Villiers podał się do dymisji. Od tamtej pory, pomimo upływu lat, niewiele się poprawiło.

Polska robi swoje

Poprawia się, powoli i mozolnie, w naszym wojsku, co jest nieodzownie związane z gigantycznymi kosztami. Zjawisko dostrzegł biznesmen, 45. prezydent USA, deklarując przesunięcie z Niemiec do Polski część amerykańskich wojsk. Nie spodobało się to berlińskim decydentom, którzy rozpoczęli natychmiast medialną akcję deprecjonowania znaczenia militarnej obecności Stanów Zjednoczonych na Starym Kontynencie i ponownie odkurzyli leciwą ideę budowy europejskich sił zbrojnych. Aby trafić do nadwiślańskich serc i umysłów, nasi zachodni sąsiedzi przeprowadzili na łamach jednego ze swoich tytułów prasowych długi wywiad z Krzysztofem Miszczakiem, ekspertem do spraw obronności. Indagowany znawca cały swój wysiłek skupił na przekonaniu wszystkich, że Sojusz Północnoatlantycki częściowo wyczerpał swoją dotychczasową formułę i musi zostać wsparty bliżej nieopisanym paktem, w którym kluczową rolę powinny odegrać Niemcy. Zdumieniu memu nie było końca, gdy dowiedziałem się od pana Miszczaka o konieczności zawarcia umowy pomiędzy Warszawą a Berlinem, w myśl której Bundeswehra miałaby obowiązek interweniowania na terenie zaatakowanego państwa, czyli Polski. Od razu wyobraziłem sobie teutońskich grenadierów pancernych przepędzających agresora wypacykowanymi kijami, a następnie moczących strudzone nogi w wartkim nurcie Bugu, i przeszedł mnie zimny dreszcz. Dla rozluźnienia atmosfery nasz bohater napomknął, że powinniśmy zakupić przedni niemiecki sprzęt wojskowy, ten, którego nie kupują sami Niemcy, oraz przystąpić do programu budowy nowego czołgu – projektu zapoczątkowanego w paryskich i berlińskich biurach konstrukcyjnych. Nie wiem, co zrobi nasza dyplomacja, ale ja powyższe tezy uważam za absurdalne, utopijne i bezsensowne, a całość nazywam poszukiwaniem złota i stali.

Howgh!


Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.
 

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE