Tego samego dnia pękła sztucznie pompowana przez rząd Tuska bańka pod tytułem „niższe ceny paliw”. Jeszcze w poniedziałkowy wieczór na stacjach benzynowych panował tłum, samochody czekały w kolejkach nawet 1,5 godz., by dostać się do dystrybutora. A i były takie stacje, gdzie zabrakło paliwa. Teraz o to można już być spokojnym. Miarą tego, jak w ciągu minuty podskoczyły ceny benzyny i diesla, są nasze portfele, a nie słupki i wykresy podawane w rządowych mediach. Niestety w kieszeniach Polaków coraz częściej brzęczy, a nie szeleści. Tam, gdzie to możliwe, wielu z nas ogranicza podróż autem. A przecież nie każdy ma tramwaj czy autobus pod nosem, by tam się przesiąść. Co gorsza, ostateczny rachunek za podwyżki na stacjach zapłacimy podwójnie – i to już za chwilę, przy kasach w marketach. Droższy transport to z automatu wyższe ceny towarów czy usług. Polityczna iluzja taniego tankowania prysła w ułamku sekundy, a zwykłemu obywatelowi po raz kolejny zostawiono do zapłacenia wyjątkowo słony rachunek.
Podatek od codzienności
1 września przyniósł powrót do szarej rzeczywistości nie tylko dla milionów dzieci, które po dwumiesięcznej labie wróciły do szkolnych ławek.