Przywódca komunistycznych Chin zaczął od hołdu dla amerykańskiej nauki: przypomniał, że pojęcie sztucznej inteligencji narodziło się siedemdziesiąt lat temu na konferencji w Dartmouth. Wymowa tego gestu jest czytelna: Ameryka wymyśliła, ale to Chiny poprowadzą ludzkość dalej. Następnie wyłożył cztery zasady: otwartość i rozwój oparty na innowacjach, bezpieczeństwo i „kontrolowalność” sztucznej inteligencji, „wzajemne uczenie się cywilizacji” oraz „prawdziwy multilateralizm” w globalnym zarządzaniu technologią. Zapowiedział konkrety: 5 tys. szkoleń z AI dla krajów rozwijających się w ciągu pięciu lat, centra współpracy z ASEAN, Ligą Arabską, Unią Afrykańską i BRICS oraz udostępnienie trzydziestu krajom chińskiego systemu ostrzegania meteorologicznego Mazu.
Nie zabrakło szpilki wymierzonej w Waszyngton: Xi wezwał, by „wspólnie sprzeciwiać się nadużywaniu pojęcia bezpieczeństwa narodowego” w dziedzinie AI, czyli amerykańskim ograniczeniom eksportu chipów, które hamują chiński program zbrojeń algorytmicznych. Całość spiął metaforą: rozwój sztucznej inteligencji nie powinien być „występem solowym jednego kraju, lecz symfonią międzynarodowej współpracy”.
Piękne słowa. Problem w tym, że w tej symfonii batutę trzyma dyrygent, który w Sinciangu zamknął ponad milion ludzi w obozach koncentracyjnych, a algorytmy rozpoznawania twarzy testował na Ujgurach.
Słownik należy czytać po pekińsku
Kluczowe pojęcia tego przemówienia znaczą w ustach Xi coś innego niż w uszach zachodniego słuchacza. „Sztuczna inteligencja pod kontrolą człowieka” nie oznacza ochrony przed zbuntowanymi maszynami, lecz AI pod kontrolą partii. „Bezpieczeństwo” to stabilność reżimu. „Różnorodność cywilizacji” to formuła znana z chińskiej dyplomacji od lat: prawa człowieka są konceptem zachodnim, a każdy reżim ma prawo do „własnego modelu”, w tym do cenzury i inwigilacji. „Zmniejszanie przepaści cyfrowej” to zaś najzgrabniejszy koń trojański tej dekady: pod hasłem pomocy Globalnemu Południu Pekin rozprowadza serwery, modele językowe i systemy „inteligentnych miast” – w istocie systemy nadzoru nad obywatelem.
Nie wolno też zapominać, kto siedział przy stole. Rosję reprezentował wicepremier Dmitrij Grigorienko. Zaledwie tydzień wcześniej śledztwo The Insider, „Der Spiegel” i „Le Monde” ujawniło prowadzoną od 2020 r. tajną współpracę wojskowo-techniczną Moskwy i Pekinu: rosyjskie doświadczenie bojowe z Ukrainy w zamian za chińską sztuczną inteligencję, półprzewodniki i moce produkcyjne. W Chinach nie istnieje granica między technologią cywilną a wojskową: zaciera ją państwowa strategia fuzji militarno-cywilnej (junmin ronghe). WAICO nadaje tej machinie uprzejmą, „multilateralną” fasadę. António Guterres nie tylko przyjechał do Szanghaju, ale chwalił też chińskie modele otwartego kodu i wzywał do „inkluzywnego zarządzania” sztuczną inteligencją. Najwyższy urzędnik Narodów Zjednoczonych jest ewidentnie na usługach Pekinu i własnym autorytetem firmuje strukturę budowaną obok ONZ po to, by przenieść globalne ustalenia tam, gdzie Zachód nie ma głosu. Pekin osłabia instytucje, w których przegrywa głosowania, a buduje własne, w których wygrywać nie musi, bo sam pisze regulamin.
Pierwszą reakcją komentatorów na listę założycieli była kpina: cóż to za „światowa” organizacja, w której najpoważniejszymi członkami są Laos i Lesotho? Śmiech jest przedwczesny. To, że w organizacji nie ma nikogo, kto rozwija zaawansowaną AI, nie jest jej słabością, lecz istotą. WAICO nie powstała po to, by zrzeszać potęgi technologiczne. Powstała po to, by zrzeszać odbiorców. Xi obiecał członkom szkolenia, infrastrukturę i systemy „za darmo”, a za darmowymi szkoleniami przyjdą chińskie serwery, chińskie modele i chińskie standardy: najpierw okazyjna cena, potem zależność bez wyjścia. To nie koalicja potęg. To lista klientów. Pekin nie zbiera partnerów – zbiera zależnych. I to właśnie z tych zależności buduje „większość świata”, która za dekadę powie nam, jak ma wyglądać „wolność” w internecie.
Co oznacza chińska dominacja?
Gdyby Pekinowi udało się narzucić światu swoje standardy, wolność w sieci nie zostanie zniesiona dekretem. Ona po prostu przestanie być technicznie możliwa. W chińskim modelu cenzura nie jest nadużyciem systemu; jest tym, do czego system został zaprojektowany. Model językowy nie odpowie na pytanie o Tiananmen ani o polską Solidarność, do dziś znienawidzoną w Pekinie, kamera sama rozpozna „podejrzane” zgromadzenie, państwowy system punktowania obywateli zamknie niepokornemu dostęp do kredytu i biletu lotniczego. Jeśli kilkadziesiąt państw przyjmie te rozwiązania jako domyślne, staną się one światową normą, a wolność słowa – egzotyczną osobliwością, bronioną coraz słabiej nawet na Zachodzie.
I tu sprawa najtrudniejsza dla europejskiego czytelnika. Pojawia się naturalny odruch: skoro Chiny budują swój blok, to odpowiedzią powinna być Unia Europejska. Otóż nie! Unia w dziedzinie technologii nie tworzy, lecz reguluje. Nie zbudowała ani jednego wielkiego modelu językowego liczącego się w światowym wyścigu, za to przeforsowała AI Act – akt o usługach cyfrowych i całą architekturę nadzoru nad mową w internecie. Powracają jak bumerang projekty masowego skanowania prywatnej korespondencji, naciski komisarzy na platformy społecznościowe w sprawie „szkodliwych treści”, instytucjonalizacja walki z „dezinformacją”, w której to urzędnik definiuje prawdę. To wszystko nie jest chińskim totalitaryzmem, ale jest z nim strukturalnie spokrewnione. Oba systemy łączy założenie, że wolność słowa jest problemem do zarządzania, a nie prawem do obrony. Dlatego teza, że Bruksela obroni nas przed chińskimi standardami, jest naiwna: Bruksela nieraz już pokazała, że część tych standardów skopiowałaby z ochotą, opakowując je w język „bezpieczeństwa użytkownika”.
Wnioski dla Polski
Jedyną realną przeciwwagą dla chińskiego projektu pozostają Stany Zjednoczone – państwo, które łączy trzy rzeczy naraz: najlepsze na świecie modele sztucznej inteligencji, przewagę w chipach i konstytucyjną kulturę wolności słowa, z pierwszą poprawką jako fundamentem. Nie zawsze tak było. Za rządów demokratów wielkie platformy, Twitter i Facebook, cenzurowały niewygodne treści w koordynacji z administracją, co pokazały ujawnione po przejęciu Twittera „Twitter Files”. Symbolem tamtej epoki jest blokada artykułu o laptopie Huntera Bidena tuż przed wyborami 2020 r. Kurs odwrócili Elon Musk, który zdjął z platformy cenzorski gorset, i Donald Trump, który uczynił walkę z federalną cenzurą jednym z pierwszych aktów prezydentury. To ta zmiana czyni dziś Amerykę realną alternatywą. Można mieć do niej tysiąc pretensji, ale w wyścigu o to, czy algorytmy przyszłości będą służyć obywatelowi, czy państwu nadzorcy, wybór jest zero-jedynkowy.
Polska musi być w tym starciu jednoznacznie w bloku amerykańskim – nie z sentymentu, lecz z zimnej kalkulacji. To oznacza amerykańskie i sojusznicze technologie w infrastrukturze krytycznej, twarde „nie” dla chińskich komponentów, rozwój własnych kompetencji obliczeniowych we współpracy z Waszyngtonem oraz sprzeciw wobec unijnych regulacji, które pod szyldem walki z „dezinformacją” oswajają nas z cenzurą. W Szanghaju Xi Jinping pokazał, jak chce zaprogramować świat. Kto zna kod Komunistycznej Partii Chin, ten wie, że funkcji „wolność” w nim nie przewidziano.