Prokuratura w III RP zawsze była zależna od polityków, ale nigdy do takiego stopnia nie była tak skompromitowana, jak po wyczynach Adama Bodnara i Waldemara Żurka w rolach prokuratorów generalnych. To nie tylko awanse dla ludzi tak miernych, jak Piotr Woźniak czy Ewa Wrzosek – to przede wszystkim systemowe niszczenie opozycji i życiorysów osób, które zagrażają interesom obozu władzy – a ściślej Koalicji Obywatelskiej.
W czerwcu aresztowany został Leszek Kraskowski. Zastanawiał ekspresowy tryb podjęcia decyzji przez sąd – w ciągu zaledwie 72 godzin zastosowano areszt tymczasowy na trzy miesiące, choć redaktor od początku nie przyznawał się do autorstwa e-maila wysłanego z fałszywego adresu do komendanta piaseczyńskiej komendy. Dziennikarz od początku zaprzeczał, by groził funkcjonariuszowi, a na posiedzeniu aresztowym nie miał obrońcy. Na taki obrót sprawy przyzwolił zresztą sąd, współpracujący z prokuraturą.
Nie było dowodów
Przez 27 dni słyszeliśmy, że Leszek Kraskowski chciał zaplanować zamach na nikomu nieznanego komendanta, a dodatkowo – jak na zawołanie – wykorzystano sprawy rodzinne dziennikarza, by odebrać mu wiarygodność i zrobić z niego wariata. Dopiero po zatrzymaniu i osadzeniu w areszcie „doklejono” Kraskowskiemu zarzuty znęcania się nad żoną.
Tak działają mafie – coraz częściej władza chwyta się kryminalnych porachunków wobec swoich oponentów, którzy stają jej na drodze. Jak dowiedziała się „Codzienna”, Prokuratura Okręgowa w Warszawie dysponuje ekspertyzą, wedle której to nie Kraskowski wysłał e-maila do piaseczyńskiej policji. Na tej podstawie zwolniono go z aresztu.
Zadziwiająco niska jest kwota poręczenia majątkowego – 25 tys. zł, które wpłacił za „zapuszkowanego” red. Tomasz Sakiewicz – to drobne, gdy w grę wchodzi rzekomy zamach na funkcjonariusza policji.
Dziennikarz nie mógł się obronić, gdy medialnie pastwili się nad nim Roman Giertych, zastępy trolli i mediaworkerów z „Gazety Wyborczej”.
Ewidentnie podpuszczona przez środowisko mecenasa-posła KO żona Kraskowskiego opublikowała nagrania z rodzinnej awantury, zastrzegając, że może Kraskowski nie popełnił zarzucanych mu czynów, ale to „domowy ninja” i człowiek zaburzony. Połowa internautów zaczęła odsądzać redaktora od czci i wiary, nie zważając na to, że dziwnym trafem Giertych – zaledwie sześć dni wcześniej – opublikował odezwę do bliskich dziennikarza, iż jego kancelaria może go reprezentować… za darmo. Kraskowskiemu poświęcił zaś dziesiątki wpisów.
Wojciech Czuchnowski z „Wyborczej” apelował do ministra Waldemara Żurka o objęcie nadzorem śledztwa i wypuszczenie z aresztu dawnego kolegi, po czym wycofał się ze swojego listu otwartego. Powód? Uważał, że Kraskowski „jest bardziej dobry niż zły”, a na skutek publikacji skonfliktowanej z nim żony zmienia zdanie.
Od początku swojego zainteresowania polską polityką, czyli od ponad 20 lat, jestem przekonany, że Czuchnowski jest „bardziej zły niż dobry”, ale jeśli nie będzie jednoznacznych dowodów na to, że komuś groził e-mailowo, to nigdy nie powinien trafić do aresztu. Przyzwoitość jest jednak czymś obcym większości środowiska upadłej „Gazety Wyborczej”.
Giertych i jego akolici dopięli swego – zamiast o skandalicznym umorzeniu afery Polnordu i zatrzymaniu oraz areszcie na bazie jałowych poszlak mówiło się o domowych problemach i wybuchach złości Kraskowskiego, choć nie tego dotyczyły zarzuty. One były konkretne: nielegalne posiadanie broni i groźby pozbawienia życia komendanta policji w Piasecznie.
Skrzywiona praworządność
Po 27 dniach prokuratura obwieściła, że nie znalazła dowodów potwierdzających autorstwo e-maila Kraskowskiego. – Oprócz wersji śledczej wskazującej tego podejrzanego jako sprawcę gróźb karalnych nie sposób obecnie odrzucić alternatywnej możliwości popełnienia tego czynu przez inną bądź inne osoby – oświadczył z rozbrajającą szczerością rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie prok. Piotr A. Skiba.
Zaraz, zaraz – czyli od początku prokuratorzy nie mieli żadnej pewności co do winy podejrzanego, a następnie w świetle prawa instytucje państwa polskiego bezpodstawnie pozbawiły go na miesiąc wolności? To tak można? Tak się zdarza w praworządnym kraju?
Chichotem historii jest to, że to Waldemar Żurek apelował o złagodzenie polityki aresztowej i od kilku miesięcy narzeka w mediach na prezydenckie weto. Trzeba zadać proste pytania: Czy ktoś zmusił prokuraturę do wystąpienia z wnioskiem o zastosowanie najcięższego środka zapobiegawczego dla Kraskowskiego? Czy z powodu zmian w ustawie – pomijając zagrożenia, które niosła nowelizacja Kodeksu postępowania karnego – śledczym wróci rozum?
Podpowiadam: stosowanie aresztów nie jest i nigdy nie było obligatoryjne. Żadne przepisy nie przywrócą zasad elementarnej logiki i przyzwoitości u prokuratorów. 27 dni aresztu wystarczą natomiast, by komuś złamać życie – tym bardziej gdy w warunkach aresztowych ktoś jest trzymany jako osobnik niebezpieczny.
Żurek zaraz po zatrzymaniu dziennikarza śledczego zapowiadał, że jeśli instytucje państwa się pomylą, to przeproszą za wnioskowanie o izolację dla Kraskowskiego. Mimo upływu sześciu dni od zmiany narracji prokuratury słowo „przepraszam” nie padło. Nawet tak prozaicznych obietnic nie dowozi minister, którego ponoć ma zastąpić wkrótce Roman Giertych.
Fałszywe zarzuty
Prokuratorzy, którzy doprowadzili do bezprawnego aresztu, za nic nie odpowiadają. Tymczasem instytucja ta – tak potrzebna w ściganiu przestępców – niszczy życiorysy niewinnym ludziom.
Wystarczy spojrzeć na wyczyny prokuratury bodnarowsko-żurkowskiej z ostatnich tygodni. Na początku lipca usłyszeliśmy, że Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe umorzył akt oskarżenia dotyczący brata byłego prezesa Orlenu, Daniela Obajtka. Prokuratura zarzucała Bartłomiejowi Obajtkowi, że jako były dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Gdańsku działał na szkodę interesu publicznego przy próbie sprzedaży nieruchomości należącej do Lasów Państwowych w Gdyni. Ponadto twierdzili, że przedwstępna umowa sprzedaży mieszkania Lasów Państwowych opiewała na 33 605 zł, mimo że jego wartość rynkowa wynosiła ok. 621 tys. zł, a wyrządzona szkoda majątkowa miała przekraczać 2 mln zł.
Skąd my to znamy? To stała śpiewka „uśmiechniętych” – robienie z kogoś złodzieja na podstawie liczb mających wywołać negatywne wrażenie. Sąd po dwóch latach od wszczęcia śledztwa nie dopatrzył się przestępstwa, za które bratu Daniela Obajtka groziło do 10 lat pozbawienia wolności.
„Rozliczenia” miały objąć również Alvina Gajadhura – byłego głównego inspektora transportu drogowego za rządów PiS. Prokuratura postawiła mu trzy zarzuty bezprawnego ujawnienia informacji w mediach społecznościowych, przeznaczonych wyłącznie do użytku służbowego. Sąd dosłownie zgruzował akt oskarżenia i umorzył sprawę.
Prokuratorzy nie stracili swoich stanowisk, mimo oczywistej kompromitacji. Tak samo będzie z kwestią odtajnienia dokumentów dotyczących obrony na linii Wisły. Tu obóz władzy wysługuje się prokuraturą, by zemścić się na prof. Sławomirze Cenckiewiczu za serial „Reset” i książkę „Zgoda” na temat układów rządu Donalda Tuska z Rosjanami.
Już po wszczęciu śledztwa prok. Marcin Maksjan na wstępie przyznał, że Mariusz Błaszczak jako szef MON miał prawo odtajnić wojskowe dokumenty. Ówczesny minister zrobił dokładnie to, co dziś czyni Władysław Kosiniak-Kamysz pod naporem krytyki za przekazanie rakiet do systemu Patriot dla Ukrainy. Mimo że akt oskarżenia trafił do sądu w sierpniu 2025 r., dotąd w kwestii odtajnienia planów obronnych sprzed 15 lat nie odbyła się żadna rozprawa, bo sprawa nie ma priorytetowego znaczenia dla wymiaru sprawiedliwości.
Takich przypadków jest naprawdę wiele. Umarza się bezprecedensowe wejście służb do domu red. Tomasza Sakiewicza i skucie jego asystentki. Nie można zapomnieć o byłych urzędniczkach resortu sprawiedliwości i ks. Michale Olszewskim SCJ, trzymanych przez wiele miesięcy bezpodstawnie w aresztach wydobywczych. Te osoby wyszły na wolność głównie ze względu na presję prawicowych mediów, w tym Republiki.
Jednocześnie przejęta w nielegalny sposób prokuratura tuszuje afery z udziałem prominentnych polityków KO. Odwleka przesłuchanie platformerskiego młokosa Dawida Kacprzyka, który już dawno powinien mieć status podejrzanego w śledztwie wokół Warszawskiego Szpitala Południowego, a zajmuje się sygnalistą, dr. Emilem Jędrzejewskim.
Tak działa dziś państwo pod rządami Donalda Tuska. Maskuje siłę wobec swoich, działa z impetem, gdy ktoś stanie mu na drodze. I, co najgorsze, prokuratorzy, sędziowie i policjanci nie ponoszą za to jakiejkolwiek odpowiedzialności.