Polska i Filipiny utrzymują stosunki dyplomatyczne od 1973 r., a jednak żaden polski prezydent nie przyjechał dotąd do Manili. Nawrocki zrobił to jako pierwszy.
Filipiny liczą ponad 100 mln mieszkańców, należą do najszybciej rosnących gospodarek Azji i są największym katolickim krajem na tym kontynencie. Od lat stawiają też czoła Chinom na Morzu Południowochińskim. Chińska straż przybrzeżna polewa filipińskie statki wodą z armat wodnych, taranuje łodzie z zaopatrzeniem i przegania rybaków z ich własnych łowisk. Filipińczykom nie trzeba tłumaczyć, czym jest imperialne zastraszanie. Znają je z codzienności.
Dwaj sojusznicy Ameryki
Polskę i Filipiny łączy coś więcej niż sympatia. Oba kraje są sojusznikami Stanów Zjednoczonych. Manilę wiąże z Waszyngtonem traktat o wzajemnej obronie z 1951 r. To najstarszy sojusznik Ameryki w Azji. Polska należy do NATO i dąży do stałej obecności wojsk amerykańskich nad Wisłą.
Skoro więc prezydent, który chce mieć Amerykanów u siebie na stałe, odwiedza ich najstarszego azjatyckiego sojusznika, daje jasno do zrozumienia, że bezpieczeństwa wolnego świata nie da się podzielić. Nawrocki powiedział to w Manili bez ogródek: wyzwań bezpieczeństwa w Europie i w Indo-Pacyfiku nie można już rozpatrywać osobno. Gospodarz, prezydent Ferdinand Marcos, odpowiedział, że próby zmiany granic są nie do przyjęcia ani dla Polski, ani dla Filipin.
Amerykanie od dawna powtarzają, że ich sojusznicy nie mogą tylko czekać na pomoc z Waszyngtonu, lecz powinni wspierać się nawzajem, również ponad kontynentami. Polska, która w Manili rozmawia o obronności, wywiadzie i bezpieczeństwie na morzu, dowodzi, że jest partnerem poważnym, a nie wyłącznie biorcą amerykańskiej pomocy. Wybór Manili świadczy o dojrzałości. Szukamy przyjaciół wśród państw, które wyznają te same wartości i mają tego samego sojusznika.
Za słowami poszły konkrety. We wspólnej deklaracji oba kraje zapowiedziały budowę partnerstwa strategicznego oraz współpracę w zakresie: szkolenia żołnierzy, cyberbezpieczeństwa, logistyki, przemysłu zbrojeniowego i wymiany informacji wywiadowczych. Jest w niej mowa o ochronie portów i podmorskiej infrastruktury oraz odwołanie się do konwencji ONZ o prawie morza. To właśnie na jej podstawie trybunał w Hadze odrzucił w 2016 r. chińskie roszczenia do niemal całego Morza Południowochińskiego.
Podpisano umowę o pomocy prawnej w sprawach karnych, a Filipiny odnotowały polskie starania o miejsce w G20. Filipińskie wojsko lata śmigłowcami Black Hawk. To amerykańska konstrukcja koncernu Lockheed Martin, ale każda z tych maszyn wyjechała z hali montażowej należącego do niego zakładu PZL Mielec. Polska jest więc ważnym ogniwem amerykańskiego łańcucha dostaw, także w Azji.
Do tego polscy oficerowie od zeszłego roku obserwują „Balikatan”, największe manewry amerykańsko-filipińskie, prowadzone tuż pod nosem Chin.
Moskwa i Pekin w jednej drużynie
Krytycy przeoczyli jeszcze jedną sprawę: Rosję. W tej samej wspólnej deklaracji jest też punkt o wojnie na Ukrainie i nie ma w nim dyplomatycznych uników. Polska i Filipiny piszą w nim o rosyjskiej wojnie napastniczej, o tym, że Ukraina ma prawo do integralności terytorialnej w uznanych granicach, a deportowane ukraińskie dzieci muszą wrócić do swoich rodzin.
W Azji wiele państw unika takich sformułowań jak ognia. Manila powiedziała to wprost i to ma ogromne znaczenie. Polska, która zna Rosję jak mało kto, musi przekonywać partnerów w Azji, jak poważne jest zagrożenie ze strony Kremla. Kraj, który to pojmie, nie ulegnie łatwo rosyjskiej propagandzie i nie pomoże Moskwie obchodzić sankcji.
Dla Manili wcale nie jest to oczywiste. Za poprzedniego prezydenta, Rodriga Duterte, Filipiny zbliżały się do Moskwy i zamówiły nawet rosyjskie śmigłowce Mi-17. Dopiero w 2022 r. zerwały ten kontrakt i postawiły na Black Hawki z Mielca. Teraz, w dokumencie podpisanym z polskim prezydentem, nazwały rosyjską wojnę po imieniu.
Polska przypomina Azjatom to, czego sama nauczyła się na własnej skórze: Moskwa i Pekin grają do jednej bramki. Chiny kupują rosyjską ropę i dostarczają części do dronów, które spadają na ukraińskie miasta.
Prezydent Nawrocki wygłosił też wykład na Uniwersytecie Katolickim im. św. Tomasza w Manili, założonym przez dominikanów w 1611 r., a więc starszym od Harvardu. W tych samych murach przemawiał do studentów w 1995 r. Jan Paweł II, a 20 lat później papież Franciszek.
Wykład polskiego przywódcy nosił tytuł „Polska i Filipiny: od wspólnej historii do wspólnej przyszłości”. Nawrocki mówił o wierze, o walce obu narodów o niepodległość, o polskich misjonarzach, którzy docierali na Filipiny już w XVII w., i o dwóch pielgrzymkach Jana Pawła II.
Powiedział: „Katolicyzm pomógł ukształtować nasze wartości, umacniając przywiązanie do rodziny, solidarności, odpowiedzialności i troski o innych”. Studentom zaś przypomniał: „My, przywódcy, możemy otwierać drzwi, ale trwałe relacje budują ludzie”.
Prezydent, który w największym katolickim kraju Azji mówił o wierze, rodzinie i solidarności, uwiera niektórych bardziej niż prezydent w rękawicach. O wykładzie wygodniej było więc milczeć, a z boksu drwić.
Soft power na ringu
Tymczasem nawet boks okazał się strzałem w dziesiątkę. Manny Pacquiao jako jedyny pięściarz w historii zdobył mistrzostwo świata w ośmiu kategoriach wagowych. Był senatorem, a na Filipinach zna go każde dziecko. To on opublikował nagranie z ringu i napisał, że trenowanie prezydenta Polski było dla niego zaszczytem.
Japonia i Korea Południowa wydają miliardy, by zdobyć sympatię Azjatów. Polska zjednała sobie Filipińczyków w godzinę, na ringu. Tak właśnie działa miękka siła. Krytycy prezydenta potrafią o niej tylko rozprawiać albo zamawiać na jej temat pełne błędów raporty pisane przez sztuczną inteligencję, ale nie umieją jej praktykować.
Filipińczycy pamiętają Jana Pawła II i miliony wiernych na mszy w Manili w 1995 r. Teraz zobaczyli polskiego prezydenta, który mówi o tych samych wartościach i nie boi się wejść na ring z ich największą legendą. O lepszą wizytówkę Polski trudno.
Kto nazywa wizytę w Manili egzotyczną wycieczką, nie rozumie świata, w którym żyjemy. Wojna na Ukrainie i chińskie naciski na Morzu Południowochińskim to dwa fronty tej samej rozgrywki. Polska nie może zamknąć się we własnym regionie i udawać, że Azja jej nie dotyczy. Sojuszników szuka się, zanim wybuchnie pożar, a nie wtedy, gdy dom już płonie.