Milej byłoby witać nowy rok ze świadomością, że przyniesie on kres obecnej władzy. Władzy coraz bardziej antyspołecznej, aroganckiej i przekonanej o swojej nieomylności za sprawą rzeszy opiniotwórczych klakierów. Cytowana wyżej przedświąteczna wypowiedź ministra Tomasza Siemoniaka doskonale pokazuje zjawisko, które znamy właściwie od początków III RP. I jest kwintesencją liberalnego postkomunizmu Platformy Obywatelskiej, przemianowanej na Koalicję Obywatelską.
Lumpenliberalny klimat
Gdy ponad dekadę temu w 2014 r. mroźna pogoda sparaliżowała kolej, ówczesna minister infrastruktury i rozwoju Elżbieta Beińkowska rzuciła słynne: „Sorry, taki mamy klimat”. Pani minister zaszkodziła wówczas i sobie, i swojemu obozowi władzy – coraz bardziej zmęczone nieudolnymi rządami koalicji PO–PSL społeczeństwo odebrało to jako przejaw arogancji przemieszanej z nieudolnością. Polacy mieli już szczerze dość zwijania państwa, platformerskich i PSL-owskich tłustych kotów oraz propagandy sukcesu spod znaku „zielonej wyspy”. Rosło poczucie, że czegokolwiek tkną się ludzie Donalda Tuska, zmieniają to w substancję nikczemniejszą od błota. On sam za kilka miesięcy – wbrew swoim solennym obietnicom – zwiał z Polski na intratny unijny stołeczek. Poczucie, że rządy Platformy to po prostu porażka, było naturalnym społecznym poglądem przez kolejne lata – partia „gdańskiego liberała” potrzebowała niemal dekady, by istotna część wyborców znów dała się nabrać liberalno-postkomunistycznemu układowi.
Historia lubi się powtarzać. I to dość pechowo, czyli naszym kosztem. Przywołajmy jeszcze raz cytat z ministra Tomasza Siemoniaka: „Dla kogoś, kto zarabia dużo, to nie będą drogie święta, a dla kogoś, kto zarabia mało, to będą drogie święta, tak po prostu jest”. Gdyby przełożyć tę wypowiedź na język gestów, byłoby to lekceważące wzruszenie ramion albo wzgardliwy, pełen politowania uśmiech. Lumpenliberalno-postkomunistyczna władza nie ma zmiłowania: jeśli jesteś bogaty, to przedświąteczne podwyżki cen artykułów spożywczych nie są ci straszne. I tak urządzisz święta z przepychem, spędzisz wolne dni w luksusowym kurorcie w ciepłych krajach, nie będziesz zastanawiał się nad tym, ile właściwie wydałeś na drogie prezenty. Donald Tusk i jego ludzie zawsze rządzili dla dobra i w imieniu staro-nowych elit.
Czyja będzie Polska?
W naszych warunkach liberalizm gospodarczy na sterydach okazał się przede wszystkim socjalizmem dla bogatych i uprzywilejowanych – a większość tych ludzi i środowisk zakorzeniła się w strukturach władzy politycznej, gospodarczej i symbolicznej jeszcze w czasach PRL. Zniszczenie i pacyfikacja przedwojennej inteligencji, ziemiaństwa, duchowieństwa, autentycznego ruchu chłopskiego i robotniczego okazało się procesem o długotrwałych konsekwencjach: zarówno potomkowie ideowych stalinistów, jak i „towarzysze szmaciaki”, czyli typowi PZPR-owscy karierowicze z lat 70. i 80., zyskali nowe narzędzia trzymania „polskiego plebsu” za twarz. To dlatego właścicieli staro-nowego folwarku tak bardzo drażnią radykalne słowa Jana Olszewskiego: „Czyja będzie Polska?”.
Słynny premier, znienawidzony przez magdalenkowy układ, nie pytał wyłącznie w imieniu swojego zaplecza politycznego. On pytał w imieniu milionów Polaków, którzy w czasach pierwszej Solidarności uwierzyli w to, że będą prawdziwymi beneficjentami naprawy Rzeczpospolitej. W III RP szybko się okazało, że dla liberalno-postkomunistycznych elit znaczna część społeczeństwa albo jest nacjonalistyczną tłuszczą, albo roszczeniowym plebsem. A na ogół jednym i drugim – dlatego błyskawicznie powstała koncepcja otoczenia „kordonem sanitarnym” tych sił ideowo-politycznych, które – co prawda – chciały zastąpienia centralnie planowanej gospodarki socjalistycznej mechanizmami rynkowymi, ale nie godziły się na uwłaszczenie nomenklatury, niekontrolowaną wyprzedaż majątku narodowego i sprowadzenie znacznej części społeczeństwa do folwarcznej siły, w dodatku nieustannie lekceważonej i oskarżanej przez tzw. elity.
Nieszczęście Rzeczpospolitej
Bogatym ma być coraz lepiej, mniej zamożni niech siedzą cicho, pogodzeni ze swoim losem – tak da się w skrócie przedstawić logikę liberalno-postkomunistycznych elit III RP. W przypadku lumpenliberałów arogancja władzy w przedziwny sposób miesza się ze szczególną fajtłapowatością, jeśli chodzi o sprawy społeczno-gospodarcze i infrastrukturalne. To swoista presja środowisk elitopodobnych na społeczeństwo: macie się pogodzić z faktem, że sprawne rządzenie przekracza nasze możliwości. „Sorry, taki mamy klimat”. „Tak po prostu jest”. Już w czasach swoich poprzednich rządów Koalicja Obywatelska uzupełniała ten przekaz antypisowskim przemysłem pogardy, którzy uderzał również w Lecha i Marię Kaczyńskich. Dzisiaj kampanie nienawiści, sprzężone w instytucjonalno-medialny mechanizm, zyskały nowe formy i siły. Władza doskonale wie, że nie poradzi sobie z wyzwaniami społeczno-gospodarczymi, dlatego stawia na coraz bardziej ostentacyjną, prymitywną, niekryjącą się nawet ze swoimi intencjami propagandę. Nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy przecież, że w Polsce paliwo da się kupić za 5,19 zł. Ale Donald Tusk cynicznie gra swoimi niespełnionymi obietnicami, bo wie, że żelazny elektorat przywita jego zagrania rzęsistymi oklaskami. Przy okazji premier próbuje wmówić części zdezorientowanej opinii publicznej, że rzeczywiście jest sprawczy. Przytomnym wyborcom może wydawać się to groteskowe – widać to po coraz marniejszych ocenach rządu – ale pozostałych utrzymuje w propagandowym amoku.
A jednak wypowiedź Siemoniaka jest niebezpieczna dla obecnej władzy. Nie tylko dlatego, że pokazuje obojętność na sytuację zwykłych ludzi. Także dlatego, że uświadamia, iż liberalno-postkomunistyczna elita pogodziła się z tym, że w sprawach społeczno-gospodarczych pozostał im już tylko dryf w niewiadomym kierunku. Komunikat: „Nie stać was na dostatniejsze święta? To wasz problem – tak już jest” jest kwintesencją antyspołecznej polityki partii Tuska. Ten komunikat w gruncie rzeczy brzmi znacznie mocniej: To wyłącznie wasz problem, że nie stać was na dostatniejsze życie. Tylko że duża część wyborców nie godzi się z lumpenliberalną logiką, wedle której bogatym należy się wszystko, a mniej zamożni mają wyłącznie płacić podatki i niczego w zamian nie oczekiwać. Ludzie chcą władzy sprawczej, zdolnej pomagać nie tylko staro-nowym elitom, ale też zwykłym ludziom. Dlatego Koalicja Obywatelska i jej satelici nie są w stanie wiarygodnie życzyć większości Polakom szczęśliwego nowego roku. Bo są największym nieszczęściem Rzeczpospolitej od wielu lat.