Na warsztat biorę „obyczajowość” i deklaruję, że nie chcę żyć w kraju, w którym wytyka się ludzi za to, że się modlą, a znak krzyża czynią przed pracą i przed posiłkiem. Wiara to sprawa indywidualna i nie może być limitowana. Ateizm to proces równoległy do rosnącej zamożności i kierunek do „żerowiska”.
Czy to ma być głównym sensem i celem naszego życia? Podobnie jak płytkie mogą wydawać się moje wywody, tak samo niezbyt głębokie bywają rozmowy części naszych rodaków – wystarczy posłuchać. Poza rozprawianiem o „gadżetach” w zasadzie nie słychać głębszych tematów. Za to po pas zanurzeni jesteśmy w „konsumpcji”, a powyżej pasa tkwimy w wirtualnym świecie, tymczasem obok upływa życie realne – szybko i nieubłaganie.
Wpatrzeni w smartfony, świata nie ma
W piękny majowy dzień, kiedy przyroda była w pełnym rozkwicie, na murku obok przystanku komunikacyjnego siedziało kilkunastu studentów (obok uniwersytetu), oczekujących na autobus. Rosnące przy przystanku drzewa tętniły życiem, wypełnione świergotem gnieżdżących się ptaków, a promienie słoneczne konkurowały z wiosennym zefirkiem, pieszcząc liściasty gąszcz i pobudzając do aktywności ptaszki, radujące się wiosną.
W tym gronie znalazł się tylko jeden student wpatrzony w urokliwy obraz i być może zafascynowany ptasim koncertem. Wszystkim pozostałym zabrakło wrażliwości na ten najcudowniejszy czas roku – uszy mieli „odcięte” od rajskich odgłosów przyrody (z powodu przytkania słuchawkami), a oczy utkwione w smartfony i nie dostrzegali, że obok pulsuje normalny i piękny świat.
Kiedy opisałem tę scenkę w rozmowie z kolegami, wyraziłem radość, że nie wszystko stracone, skoro wśród kilkunastu młodych znalazł się ktoś rozsądny. Niestety, słuchający narracji kolega zabił we mnie resztki optymizmu krótkim zdaniem: „Temu jednemu pewnie rozładował się telefon”.
W tym momencie przypomniał mi się tekst biblijny, jak to przywódca społeczności żydowskiej targował się z Bogiem, pytając błagalnie, czy uchroni miasto przed zagładą, jeśli znajdzie się w nim iluś tam sprawiedliwych. Sprawiedliwy to człowiek wolny, który potrafi mądrze z tej wolności korzystać i nie ograniczać swobody drugim, inaczej myślącym, a nawet „dziwnie” żyjącym.
Niestety, napotkałem nietolerancję. Kiedy w restauracji przed posiłkiem uczyniłem znak krzyża, przy sąsiednim stoliku kilku młodych parsknęło śmiechem, a jeden z nich ponadto powiercił sobie palcem po czole, kierując ten gest w moją stronę. Nie zareagowałem, nie chcąc wzbudzać sensacji. Mój wzrok (wymowny) był odpowiedzią na pusty śmiech tych pełnoletnich już chłopaków. Wiem, że nie wszyscy są tacy, że na widok przewracającego się staruszka, na skutek poślizgnięcia się na skórce banana, mają niezły ubaw.
Rozmowy pozbawione głębi i wiedzy
Miesiąc temu obchodziliśmy kolejną rocznicę glorii w Bitwie Warszawskiej 1920 r. Kilku z grona moich słuchaczy (w wieku już zbliżającym się do abrahamowego) nie miało bladego pojęcia, o czym mówię. Mylili tę jedną z najważniejszych bitew w historii ludzkości (wpływających na losy świata) z Powstaniem Warszawskim albo innymi wydarzeniami bojowymi z naszej historii, a bolszewickiego agresora – Michaiła Tuchaczewskiego, który z podkulonym ogonem pierzchnął aż do Moskwy po Cudzie nad Wisłą, kojarzyli z jakimś piłkarzem.
A wcześniej te same buńczuczne wykształciuchy próbowały podejmować ze mną dyskusję na bieżące problemy, jakie boleśnie przeżywa nasz kraj, tryskając wiedzą z telewizyjnej tuby propagandy „dobrostanu”. Chciałoby się zapłakać: „Polsko, jakich ty masz synów?”.
Innym razem przy próbie rozmowy na tematy transcendentalne dwaj znajomi panowie oświadczyli, że „badania naukowe, jak dotąd, nie potwierdziły istnienia Boga”. Mimo to niedługo potem na pogrzebie ich kolegi – ofiary straszliwego wypadku samochodowego – spuścili z tonu. Dostrzegłem w ich zachowaniach lęk i przerażenie, a także pokorę, w której czytelna była myśl, że kruche jest nasze życie, ale „jak trwoga, to do Boga”.
W jakiś czas później opowiedziałem tym panom dykteryjkę, jak to w czasie słusznie minionym dwóch seniorów – ateistów „za miskę soczewicy” – dywagowało (z widocznym niepokojem), co będzie z nimi po śmierci, poprzedzonej półwieczem zerwania kontaktu z Kościołem i więzi z absolutem. Jeden pocieszał drugiego takimi słowami: „Jeśli nie ma Boga – co daj Boże – to chwała Bogu, ale jeśli – czego Boże nie daj – Bóg istnieje, to niech nas ręka Boska chroni”.
Widać, że iskra Boża wypełnia nasze życie od kolebki aż do ostatniego tchu, i tylko od nas zależy, którą pójdziemy drogą. Niektórzy szukają Boskiego śladu, narzekając (we śnie): „Gdzie byłeś Panie, kiedy los mnie przygniatał. Nie było śladów Twoich stóp obok moich, odciśniętych na piasku”. A Bóg odpowiedział: „To były moje ślady, kiedy zagubionego w wirze życia niosłem cię na barkach”.
Bóg zawsze jest z nami, lecz dał nam wolność wyboru drogi życiowej; gdyby Stwórca zaprogramował nas tylko na dobro – bylibyśmy cyborgami.
Miłość – pojęcie przestarzałe
Pogubiliśmy „instrukcję obsługi wolności” i wielu z nas wchodzi bez oporów w sferę wszelkich pokus i skarlenia; karleją rodziny, naród, a także państwo. Spójrzmy na młodzież, która nas zastąpi – u steru polskiej łodzi także. Jak bardzo zubożał język młodego pokolenia, a szkoła coraz mniej uczy. Jak bardzo zwiędły zainteresowania, koncentrując ludzką energię na walce o przetrwanie, przykuwając do „żerowiska”. Jak nisko upadły – kiedyś bogate – relacje międzyludzkie. Jak sprofanowano największą wartość życia – miłość, traktując ją jako jedną z form konsumpcji. I wreszcie jak bezwzględny stał się wyścig za sukcesami, za samolubnymi ścieżkami kariery – nawet kosztem innych.
Jest nas coraz mniej, a za kilka pokoleń – być może – nie będzie nas wcale. Dzietność obcych nam kulturowo napływających plemion stłamsi nas i pozostaną wspomnienia, że „był kiedyś naród polski”. Tragicznym zagrożeniem upadku kraju i państwa są trzy rujnowane filary: rodzina, wiara oraz jedność społeczeństwa.
Historia dowiodła, że tylko dzięki rodzinie, wspólnocie i wierze przetrwały narody i państwa. Znikły z dziejów ludzkości te potęgi państwowe, które oddaliły się od praw naturalnych, ustanowionych przez Boga Stwórcę, a w trybie przyśpieszonym upadły te mocarstwa, które walczyły z Najwyższym.