Owszem, Donald Tusk byłby skazany na kłopotliwe dogadywanie się, ale bynajmniej nie jest tak, że rząd nie mógłby trwać. Żadnej partii nie jest obecnie na rękę organizowanie wyborów. Dziś w zasadzie różnica jest taka, kto ma przełknąć gorzką pigułkę – Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz czy Paulina Hennig-Kloska? Pierwsza – jeżeli obroni drugą – skaże się na trwanie w roli popychadła. Druga z kolei będzie musiała odejść ze stanowiska i to właściwie jedyna dolegliwość. Nikt chyba nie myśli o jakiejś podmiotowości partii Centrum? Przyszłość minister klimatu jest już napisana, niezależnie od tego, czy utrzyma, czy straci stanowisko. A jest nią trzeci szereg w KO. Co do koalicji, to nie widzę powodu, dla którego miałaby się rozpaść, dlatego że Hennig-Kloska przestanie być ministrem. Przecież nie jest ona w polityce ani wytrawnym geniuszem, ani nawet samodzielnym przywódcą stada. To ktoś efemeryczny, kogo może zastąpić dowolny poseł. Nie ma też ona alternatywy dla wiszenia u klamki premiera. Ot, po ewentualnym odwołaniu trzeba będzie się dłużej dogadywać. Obstawiam, że wystarczy wtedy 15-minutowa rozmowa.
Kto przełknie gorzką pigułkę
Narracja o tym, że odwołanie Pauliny Hennig-Kloski oznaczałoby koniec koalicji, jest zwyczajnie nieprawdziwa.