Otóż pani nie posiada samochodu, z biura poselskiego ma do Sejmu niecałe dwa kilometry, a wykazała, że przejechała 33 tys. km w 2025 r. – czyli ponad 90 km dziennie, także w niedziele i święta. Wzięła za to ode mnie 38 tys. zł. Od pana i od pani też, od nas wszystkich dostała, bo to kasa z naszych podatków. Dziennikarze próbowali zadać jej pytania: jak to niby 90 km dziennie, czyim samochodem, skąd dokąd, po co? Ale akurat wtedy przerywało się połączenie. Zalatuje skandalem, który pewnie przyschnie, bo państwowe pieniądze w optyce wielu są niczyje, a poza tym możemy sobie zaśpiewać: „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”. Potem pani Żukowska wypowie się publicznie, że coś jest moralne, coś nie, i tak się to wszystko potoczy. Takie to sejmowe bagienko. A powinno być inaczej, bo jeśli to kradzież, to sprawą powinien się zainteresować prokurator, a obowiązkiem Żukowskiej powinna być odpowiedź na proste pytanie: „Za co wzięła pani moje 38 tys.?”.
Kilometrówki Żukowskiej
Tak mi przyszedł do głowy „hymn łomotu”, który wyśpiewują kibice polskiej reprezentacji piłki nożnej po przegranych meczach: „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”. To refleksja po zapoznaniu się z informacją o kilometrówkach lewicowej poseł Anny Żukowskiej.