Na temat polskiej polityki nie mogłem nigdy rzeczowo porozmawiać z mołdawskimi przyjaciółmi. Można było opowiadać im o pieniądzach w nodze od stołu u Sławomira Nowaka, o zemdlałym Romanie Giertychu, który uciekł do Włoch przed wymiarem sprawiedliwości, o synu premiera pracującym dla piramidy finansowej Amber Gold – za każdym razem mieszkaniec małej republiki, niczym w grze makao, przebijał polski skandal tamtejszymi przypadkami. Faktycznie, nad Wisłą nikt nie ukradł 1/3 rocznego budżetu państwa (jak Ilan Shor), żaden prezydent miasta nie uciekł do innego kraju, by stamtąd zwoływać zdalne rady miasta, bo sam ze względu na sprawy karne nie mógł przebywać w ojczyźnie (Renato Usatii), faktycznie nikt nie opłacił 1 proc. głosujących, by przywieźć ich autokarami na wybory w obstawie uzbrojonych ochroniarzy (jak Igor Dodon). Na nic więc opowieści o Polsce, gdy Mołdawianie wszystko to mieli w skali większej o rzędy wielkości.
Koniec świata oligarchów
I niby się teraz wszystko zmieniło, ale nadal z Mołdawianami nie da się rzeczowo porozmawiać o polskiej polityce. Za rządów Mai Sandu bowiem tuziny najważniejszych polityków, do niedawna głównych rozgrywających wszystkimi resortami i dużymi interesami, wsadzono spektakularnie za kratki, rzucając cień strachu na wszystkich łapówkarzy. Indeks percepcji korupcji poprawił się w ciągu pięciu lat aż o 8–9 pkt proc. Dokonało się to zresztą w spektakularnych akcjach, tak bardzo szokujących jak na kraj, który ma niemal najmniejszą armię w Europie, nie kontroluje całości swojego terytorium, a pełna elektryfikacja wsi nastąpiła ledwie kilkanaście lat temu. I oto służby takiego państewka we współpracy z grecką policją ustalają miejsce zamieszkania Vlada Plahotniuca – do 2019 r. szefa partii rządzącej, oplatającej społeczeństwo siecią fikcyjnych inwestycji, z których pieniądze trafiają do kieszeni oligarchów – dokonują aresztowania, ekstradycji i skazania. W lipcu 2025 r. odbywa się więc widowiskowe zatrzymanie na greckim lotnisku, w sierpniu Plahotniuc jest w kajdankach w Mołdawii, a siedem miesięcy później jest już skazany na 10 lat więzienia.
Nawet ci oligarchowie, którzy z majątkiem wynieśli się do Rosji, zostali skazani zaocznie, ich współpracownicy bezwzględnie wsadzeni do więzień, partie zdelegalizowane, a ich przedsięwzięcia polityczne i biznesowe po prostu zamknięte. Oligarchom zabrano zabawki – dosłownie. W 2025 r. władze zamknęły Orgiejewland, skromną, ale jak na warunki mołdawskie wciąż szalenie atrakcyjną wersję wesołego miasteczka – lokalnego Disneylandu z serią darmowych rozrywek jak strzelnica, trampolina, loteria i inne zabawy. Impreza była sponsorowana przez Shora, który w ten sposób zachęcał wyborców do popierania swojego politycznego środowiska. Odcięto też finansowanie analogicznej zabawki – GagauziyaLandu. Zamiast wesołej karuzeli zabaw Maia Sandu zorganizowała karuzelę procesów za korupcję i defraudację, co przekłada się na bezprecedensowe poparcie społeczne.
Więzienia puchną, poparcie rośnie
Maia Sandu i jej partia PAS wygrywają wybory nie dzięki fałszerstwom wyborczym, ale wbrew nim. Poparcie dla rządzących, które tradycyjnie czołga się przy dnie po dwóch latach sprawowania władzy, utrzymuje się na poziomie 40 proc., a przechodziło kryzys jedynie w pierwszej fazie inwazji rosyjskiej na Ukrainę. Przestano liczyć się także z wrogami mołdawskiego rozwoju – rosyjską mniejszością. Zablokowano zorganizowany transport przekupionych wyborców – na mostach na Dniestrze po prostu zawraca się autokary ze „spontanicznymi” głosującymi, którym patronuje zawsze jakaś pani z listą pasażerów i portfelem dolarów. Bez oglądania się na kwik „obrońców praw człowieka” zaczęło się po prostu nadużycia ścinać szybkimi, bezwzględnymi ciosami.
To niesamowite na wielu poziomach – a najbardziej niezwykłe jest to dla Polaka, obywatela tak szybko rozwijającego się kraju, który na tak skuteczną walkę z korupcją w ledwo istniejącej postsowieckiej republice patrzy z zazdrością. Lotnisko w Kiszyniowie urosło dwukrotnie, a na rynek lotniczy Mołdawii weszły tanie linie lotnicze różnych korporacji. Są w kraju wreszcie drogi, bez dziur wielkości wanny, po stolicy jeżdżą europejskie trolejbusy, a nie tylko sowieckie graty kołyszące się jak przed rozpadem. Centrum rozkwita usługami jak nigdy dotąd, systematycznie podwyższa się płacę minimalną, która pięć lat temu wynosiła... kilkaset złotych. Prozachodni obóz Mai Sandu powoli i bezwzględnie pcha kraj ku rozwojowi, ale – niczym w starożytnym Babilonie – przy jednoczesnym obcinaniu rąk złodziejom, tzn. tak jednoznacznym napiętnowaniu, że skala złodziejstwa spada nie tylko w statystykach, ale i na pierwszy rzut oka, gdy próbuje się coś załatwić w urzędach czy na uniwersytetach. To istny cud.
A jednak moralność
Nie ma wątpliwości, że metamorfoza Republiki Mołdowy odbywa się na fundamencie moralnym – nie ma mowy o budowaniu sukcesu wraz ze złodziejami i obcą agenturą czy choćby tylko przy ich milczeniu. Zło trzeba wyrywać z korzeniami. Tolerowanie korupcji rozlewa się od największych spraw po codzienne postawy obywatelskie – albo psując, albo naprawiając wspólnotę. Wesoły doktor Dawid Kacprzyk, uśmiechnięty poseł Wojciech Król, szacowny lekarz, senator Tomasz Grodzki, pogodna „powodzianka” z „zielonego wzgórza”, chodząca na wolności skazana pedofilka z Kłodzka – przecież to lista nie tylko korupcji i skandali, ale i hańby polskiego społeczeństwa, które nie dość brzydzi się takich patologii, utrzymując dla Koalicji Obywatelskiej poparcie rzędu 30 proc.
Raz niewycięty rak politycznej przestępczości obfituje w przerzuty. Na wolności paraduje piewca wyprzedaży polskich fabryk za złotówkę Janusz Lewandowski, obecny europoseł, Aleksander Kwaśniewski ze swoją willą w Kazimierzu uchodzi za autorytet, pożyczkobiorca KGB Leszek Miller rozważa start do Senatu, a córka dyktatora Jaruzela zarabia na swoim prorosyjskim dziennikarstwie. Ale doprawdy – jest przecież szansa. Kraj podzielony rejonami na wpływy oligarchów otrząsnął się i najsilniejszych osadza w ciasnych celach. Czyli da się. Naprawdę się da. Tylko po prostu nie wolno pobłażać.