Możecie to Państwo czasem zaobserwować u fachowców, na przykład montujących meble, którzy tym się różnią od laików, że nie szukają śrubek oraz wkrętarki, doskonale wiedzą, jaki będzie następny ruch, a gdy czegoś potrzebują, to niemal zawsze w cudowny sposób mają to pod ręką. Ten przykład przypomniał mi się w dniu, gdy rząd ogłosił, że zamyka wstęp do lasów. Oczywiście jestem w stanie zrozumieć intencję. Trwa największa od 100 lat epidemia i tylko od nas zależy, czy ją przeżyjemy. Tak już jest, że nawet wyjeżdżając do lasu na krótką wycieczkę, rzadko kończy się ona tylko na samym spacerze. Zawsze będzie korcić, żeby wejść na stację benzynową, do sklepu z całą rodziną, porozmawiać z kimś, kogo się spotka. Każdy zbędny mikroruch sprawia, że niebezpieczeństwo rośnie. Zwiększa się też możliwość błędu, który w tym wypadku może srogo kosztować. Nie zmienia to jednak faktu, że rząd sięgnął po zły środek. Jeszcze tydzień wcześniej lekarze w TVP mówili o zdrowotnym wpływie spacerów, a teraz rząd ruszył z krucjatą, jakby w lasach odbywały się tajne koncerty Maryli Rodowicz i Zenka Martyniuka. Duża część ludzi tego nie zrozumiała, a i zyski z tego obostrzenia są żadne.
Wystarczyło jedynie zapowiedzieć patrole i surowe grzywny dla tych, którzy imprezują po lasach, zamiast wprowadzać przepis, którego i tak nie będzie można wyegzekwować.
Zabranianie bez podania sensownego wytłumaczenia robi więcej szkody niż pożytku. To marnowanie energii. Czy naprawdę lepiej by było, aby z nudów ludzie chodzili do supermarketu? Bo na pewno nie zdrowiej.