Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof  Wołodźko,
01.05.2018 10:37

III Rzeczypospolitej problemy z myśleniem

Opozycja ma problem – czeka na katastrofę polityczną PiS-u. I doczekać się nie może. Wieszczy katastrofę gospodarczą – a krach nie nadchodzi. Nie należy się jednak spodziewać, że liberalna opozycja cokolwiek z tego zrozumie. Przeszkadza jej w tym własne zaplecze polityczne.

Dobrze pamiętam dyskusje o niedzielach wolnych ustawowo od handlu. Uczestniczyłem w wielu z nich – odwołując się do przykładów z innych, znacznie bogatszych od Polski państw, które świetnie sobie radzą ekonomicznie mimo tego typu prawa. Odpowiedzią były albo slogany o wolności, albo katastroficzne wizje upadku gospodarki, totalnej recesji, odpływu zachodniego kapitału (co za bzdura!) itp.

Na marginesie: szkoda, że wśród liberałów nikt odzyskanego czasu wolnego pracowników nie traktuje w takim wolnościowym kluczu. No, ale w III RP wolność rymowała się tylko z biznesem, a nie z dolą i niedolą pracowników i pracownic, zniewolonych przez lata głodowymi stawkami i strukturalnym bezrobociem, z emigracją jako jedyną perspektywą wyzwolenia z tego lumpenliberalnego piekiełka.

Liberałowie mają pecha

Główny Urząd Statystyczny udostępnił właśnie marcowe dane dotyczące sprzedaży detalicznej. Okazuje się, że była wyższa od lutowej aż o 17,9 proc. W porównaniu z marcem 2017 r. to wzrost o 8,8 proc. Co istotne, sklepy sprzedające żywność, napoje i wyroby tytoniowe zanotowały w marcu dwucyfrowy wzrost sprzedaży (o blisko 14 proc. r/r). Z dużym prawdopodobieństwem zdecydował o tym m.in. polski społeczny nawyk związany z robieniem zakupów na wszelki wypadek. Wygląda na to, że – podobnie jak przed świętami – Polacy, szykując się na niedziele wolne od handlu, kupują raczej więcej niż mniej. Niewykluczone, że z czasem sytuacja się ustabilizuje i zracjonalizujemy przedweekendowe zakupy żywności, ale z całą pewnością handlowi nie grozi zapaść.

Jak to się ma do katastroficznych zapowiedzi ultraliberałów gospodarczych? Podobnie jak w wypadku programu Rodzina 500+ cała ich paplanina bardzo szybko straciła nimb opinii jedynie słusznej i racjonalnej. A zaskoczenie tą sytuacją wynika stąd, że jako społeczeństwo wciąż niestety w dużej mierze jesteśmy mentalnymi i kulturowymi zakładnikami lumpenliberalizmu praktycznego i teoretycznego. Ludzie, którzy przez dekady intuicyjnie czuli, że antyspołeczna opowieść III RP szkodzi dobrostanowi gorzej lub przeciętnie sytuowanej części społeczeństwa, często nie potrafili wypowiedzieć swoich racji, ponieważ zdyskredytowano je już na początku polskich przemian.

I jak się wydaje, dopiero dziś obserwujemy – również pod wpływem polityki społecznej PiS-u, której nie uważam zresztą za doskonałą – inny trend, czyli nieco szersze oddziaływanie prospołecznych nurtów myślenia i działania. Liberałowie naprawdę mają pecha – od dwóch lat zaklinają rzeczywistość, a ta kompletnie nie chce ich słuchać (choć podobno najlepiej znają się i na gospodarce, i na zdrowym rozsądku).

Syndrom utożsamienia z bogatszym

Pozwolę sobie wrzucić kilka kamyczków do własnego zawodowego ogródka. Intrygujące, że najczęściej zwolenników i zwolenniczki najczystszej wody lumpenliberalizmu da się spotkać właśnie w dziennikarskim świecie. I nie piszę wcale o uznanych publicystycznych nazwiskach – niezależnie od tytułu i środowisk, które reprezentują. Często to zwykli dziennikarze, dziennikarki i media workerzy, wykonujący cenne elementarne prace, są bezkrytycznymi zwolennikami państwa dla bogatych. Ich nastawienie do problematyki społeczno-gospodarczej jest symptomatyczne: często troszczą się o podatki, a nawet o przywileje dla bogatych i najbogatszych; z reguły bardzo niepokoiło ich wprowadzenie 500+; z kolei sfinansowanie oczekiwań jakiejkolwiek grupy zawodowej uznają za uleganie roszczeniowości. Przy rozmowach o ustawowych dniach wolnych od handlu było tak samo – dziennikarze i dziennikarki, zarówno w sytuacjach zawodowych, jak w rozmowach prywatnych, patrzyli na mnie oczyma pełnymi bezbrzeżnego zdumienia, gdy mówiłem, że z bardzo dużym prawdopodobieństwem żadnej katastrofy gospodarczej nie będzie, ponieważ pojawią się nowe strategie sprzedaży i konsumpcji.

Skąd się jednak bierze ta podatność na opinie bogatych i najbogatszych, przy nagminnym lekceważeniu innych punktów widzenia? Sądzę, że z intrygującego zjawiska, które w Polsce w ogóle jest szerszym trendem, ale szczególnie daje do myślenia w wypadku osób, które profesjonalnie zajmują się analizowaniem i syntezami różnych wymiarów życia publicznego. Chodzi o nieledwie naturalne sympatyzowanie z bogatszą i najbogatszą częścią społeczeństwa, z utożsamieniem się – także na poziomie symbolicznego współuczestnictwa w prestiżu – z ich sposobem widzenia świata. To właśnie ich interesy uchodzą za najbardziej racjonalne i słuszne, to ich opinie o podatkach, prawie, relacjach społeczno-gospodarczych, bezrobociu, osłonach socjalnych traktowane są często jako jedynie słuszne.

Głęboko wżarty antyetatyzm

Dobrze widać tę kwestię w wypadku elektoratu partii dziś określanych mianem liberalnej opozycji, to nie ulega wątpliwości. Ale spotkałem się z tego typu logiką również w kręgach propisowskiej prawicy, wśród kukizowców, narodowców i szerzej – wszędzie tam, gdzie nie pała się miłością do PO, ale wciąż najszczerzej wierzy (nawet nieświadomie) w Balcerowiczowskie dogmaty dotyczące III RP. Zastanawiam się, na ile klasa czy może kasta – dziennikarska – jako grupa zawodowa pośrednicząca w wymianie opinii między różnymi warstwami społecznymi nie odpowiada za takie, a nie inne wyobrażenia społeczne. Przecież od dekad to właśnie dziennikarze – przez sposób zadawania pytań, stawiania tez, a nawet przez niezadawanie pewnych pytań i niestawianie pewnych tez – propagowali ten najważniejszy z dogmatów III RP: że państwo jest zawsze złe i podejrzane, a wolny rynek najwspanialszy. A jeśli z rynkiem coś jest nie tak, to dlatego, że ingeruje w niego wciąż państwo.

Ta skrajnie uproszczona filozofia, na którą nie zgodzi się nikt, kto nieco głębiej zna skomplikowanie materii, wciąż zatruwa polskie myślenie o rzeczywistości – chyba jako jeszcze jeden przejaw chorobliwego polskiego antyetatyzmu. Owszem, motywowanego historycznie, ale przecież w II RP znaczna część elit była o wiele bardziej propaństwowa i prospołeczna niźli w naszych dzisiejszych realiach. Media niechętnie dyskutują o własnej kondycji – co najwyżej skupiając się na własnej konkurencji – ale prawda jest taka, że niezależnie od rozkwitu mediów społecznościowych to profesjonalni dziennikarze (nie tylko najgłośniejsi publicyści i publicystki!) wciąż odpowiadają za Polskę. Pozwolę sobie na bardziej osobisty wtręt: dlatego cieszę się zresztą, że dobrych parę lat temu szefostwo „Codziennej” zaryzykowało, przyjmując na pokład kogoś tak nieuleczalnie skrzywionego nietypowym myśleniem o gospodarce jak autor tego felietonu.

W maju poznamy kolejne wskaźniki dotyczące handlu detalicznego. Sądzę, że znów nie będą łaskawe dla zwolenników tezy o zapaści polskiej gospodarki pod rządami PiS-u. Lumpenliberalne dogmaty leżą i kwiczą. Dziennikarze, w chwilach wolnych od przepytywania polityków i pisania newsów, powinni samych siebie zapytać, co zrozumieli z tego faktu. Bo na razie, niestety, to my jako grupa zawodowa w znacznej mierze odpowiadamy za kłopoty III RP z myśleniem o samej sobie.
 

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE