Przyglądam się byłym wyborcom Polski 2050 i wcale się nie dziwię, że większość już zapomniała, z jakim entuzjazmem witała polityczny projekt Szymona Hołowni. Wielkomiejscy i małomiasteczkowi przedstawiciele postinteligencji, klasa średnia na kredyt, trochę samozatrudnionych z nieco wyższej półki, ludzie aktywni społecznie, często zdeklarowani zwolennicy lewego skrzydła liberalnego nurtu, tzw. otwarci katolicy. Wszyscy dali się nabrać na piękne słówka konferansjera z TVN.
Polska 2050 – kres złudzeń
W 2023 r. oni wszyscy sprawiali wrażenie zahipnotyzowanych: perorowali o nowej partyjnej jakości, odrodzeniu obywatelskiego etosu w polityce, prospołecznych reformach, których są gwarantem. I jak mantrę powtarzali, że Donald Tusk i jego tłuste koty z Koalicji Obywatelskiej zyskają w Polsce 2050 partnera, z którym będzie trzeba się liczyć i hamować stare nawyki. Mówili, że Tusk nie jest doskonały, ale dzięki obecności Szymona Hołowni w polityce będzie musiał realizować prospołeczne zapowiedzi własnej partii i swoich koalicjantów. Było to i straszne, i śmieszne: naiwność dorosłych ludzi, z których większość pamiętała przecież dobrze czasy sprzed 2015 r. i los najróżniejszych pomniejszych partyjek-przystawek Platformy Obywatelskiej. Zdumiewało pewne siebie mędrkowanie ludzi, którzy przekonywali, że kto jak kto, ale Hołownia nie da się Tuskowi okpić, złamać, skorumpować. Dzisiaj albo udają, że rzecz ich nie dotyczy, albo – zgodnie z trzynastogrudniowymi przekazami dnia – plują ile wlezie na Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz.
Można cenić lub nie cenić byłej już minister funduszy i polityk Polski 2050, ale trzeba jej oddać, że mistrzowskim zamachem wrzuciła granat w trzynastogrudniowe szambo. Mijają dni, a jej rewelacje, dotyczące również sposobu zarządzania relacjami politycznymi i personalnymi przez Donalda Tuska, żyją własnym życiem. Przy okazji bijąc mocno w hipokryzję lewicowo-liberalnych środowisk, które za „kierownika” mają uśmiechniętego despotę. Teoretycznie tego wszystkiego można się było domyślać od dłuższego czasu, ale dzisiaj dostajemy świadectwo wprost od osoby, która do niedawna była ważną postacią w rządzie. Coraz bardziej znienawidzoną przez koalicjantów, ale naprawdę ważną. Koalicyjne realia musiały naprawdę mocno zajść za skórę Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz, skoro zdecydowała się na tak gwałtowną szarżę przeciwko Donaldowi Tuskowi i jego ekipie.
„Partia stołka Hołowni”
Polityczno-medialny układ odpowiedział paroksyzmami wściekłości: nie widziałem jeszcze w historii kolejnych rządów III RP tak bezwzględnego „glanowania i grillowania” przez niedawnych sojuszników własnej koleżanki. Nienawiść aż kipi w mediach społecznościowych, wylewa się ze słów dawnych partyjnych kolegów. Być może gryźliby się w język, gdyby Pełczyńska-Nałęcz odeszła po cichu i schowała się w jakiejś mysiej dziurze. Była minister funduszy złamała jednak zmowę ciszy, uderzyła w parasol ochronny, który mainstream zbudował wokół Donalda Tuska i jego politycznego dworu. A przy okazji zgruzowała wizerunek partii Hołowni i jego samego: „Kilkukrotnie spotkał się za moimi plecami z Tuskiem, żeby rozmawiać o wyrzuceniu mnie z rządu i zajęciu mojego stołka. Znowu wszystkie moje wysiłki, żeby partia była o czymś, spełzły na niczym, ponieważ staliśmy się znowu partią stołka Szymona Hołowni”. Polska 2050 jako nowa jakość? Nic z tych rzeczy. Liczy się jedynie „magnetyzm stołków”, wspomniany przez Pełczyńską-Nałęcz w innym miejscu.
I tutaj wydarza się rzecz tragikomiczna: na scenie pojawia się wspomniany wyżej polityk i głośno upomina się u Tuska o swoje. Były marszałek Sejmu z wdziękiem konferansjera (jak często zapominamy, to tylko marniejsza wersja aktorstwa – maska, za którą nic nie musi się kryć!) w świetle kamer przekonywał, że ministerstwo funduszy należy się jego partii jak psu buda. Z miną najtwardszego fightera ogłosił, że jeśli Tusk nie posłucha żądań, jego ministrowie opuszczą rząd. Kto ma krótką pamięć i mięciutkie serduszko, mógł się nawet wzruszyć tą scenką: oto Hołownia jak przed kilku laty, z pewną siebie miną, perorujący z przekonaniem, jakby trzymał wszystkie asy w rękawie. Szybko się jednak okazało, że jego sprawczość ogranicza wola jednego, jedynego liczącego się w tej rozgrywce polityka, czyli Donalda Tuska. Hołownia dostał od szefa trzynastogrudniowców politycznego klapsa: szefową resortu funduszy ma zostać Agnieszka Bartol.
Kij i marchewka?
Jest w tym jednak pewna perwersja: klaps swoją drogą, Hołownia jakoś go przecierpi, jeśli na osłodę dostanie stołek wicepremiera. Jeśli tak się stanie, nie będzie to jednak świadczyło o sile jego formacji, lecz o ostatecznym ugrzęźnięciu Polski 2050 w tuskowym układzie. Polska 2050, partia wydmuszka, być może przetrwa w rodzimej polityce jak jeszcze jedna kanapowa formacja, która dzięki marketingowym sztuczkom i politycznej woli swoich protektorów zyskała swoje pięć minut w polityce. Ale większość jej byłych wyborców będzie wspominała ją z niesmakiem, choć tak naprawdę powinna zastanowić się nad własnym frajerstwem.
Rzecz ma jeszcze inny kontekst. Od lat jesteśmy epatowani sloganem, że „inna polityka jest możliwa”. Stworzyła go partia Razem, a kilka lat później do jej koncepcji odwołała się Polska 2050. To hasło to największy humbug naszej polityki ostatniej dekady, humbug zrodzony w środowiskach lewicowo-liberalnych, w znacznej mierze opartych na koneksjach i koligacjach z liberalno-postkomuistycznym mainstreamem III RP. Jak by nie skrobać, jakich nie łączyć by kropek – ostatecznie zawsze okazuje się, że ludzie od „nowej jakości w polityce” okazują się klientami, zakładnikami, w „najlepszym razie” pożytecznymi idiotami Koalicji Obywatelskiej.
To dzięki Polsce 2050 i Razem Donald Tusk zimą 2023 r. przejął w Polsce władzę ze wszystkimi tego smutnymi konsekwencjami dla naszego kraju. A każdy, kto próbuje się postawić zbudowanemu wokół „kierownika” układowi, szybko okazuje się wrogiem, którego trzeba wdeptać w ziemię, zdyskredytować, któremu należy odebrać wiarygodność. Szymonowi Hołowni daleko do Janusza Palikota z jego jawnym chamstwem i nieokiełznaną butą. Ale to ta sama szkoła bezprzykładnego cynizmu, która z rzekomego idealizmu uczyniła polityczną walutę dla ratowania zagrożonych stołków i karier. To klientelizm elit III RP, który zapewnił Donaldowi Tuskowi bezkarność w polskiej polityce.