Bocheńczakowi zabrakło 50 podpisów – komisja wyborcza uznała 2950 na ponad 5 tys. złożonych. Owszem, niejasne są zasady ich składania i nie każdy wie choćby o tym, że deklarujący poparcie dla kandydata musi być zameldowany w metropolii, której dotyczą wybory. Konieczne było też dopisanie słowa „Kraków” do odpowiedniej rubryki – to właśnie z tego powodu również kampania Łukasza Gibały o mały włos nie zakończyła się katastrofą. Ten ostatni złożył podpisy wcześniej, więc zdołał w ciągu trzech dni uzbierać brakujące parafki. Bocheńczak nie miał tyle czasu. Przepisy przepisami, ale jest to jednak kompromitacja Konfederacji: przecież zaangażowała aż 100 wolontariuszy, którzy mieli dziennie zebrać średnio… dwa prawidłowe podpisy. Bocheńczak organizował grille, rozdawał cukierki, precle, brał udział w festynach – i wszystko na nic. Nie jest pewny też los Darii Gosek-Popiołek. Jeśli kandydatka Lewicy nie uzbierała 3 tys. podpisów, będzie to ogromny cios dla formacji Włodzimierza Czarzastego.