Jest taka kawiarenka. Nieduża, z wielkimi oknami na „przedwojenną Warszawę”. Nie sili się na miejsce przestylizowane, ale kawa jest dobra, a ciastka oryginalne i zawsze świeże. Szemrze klasyczna muzyka. Fotele są wygodne. Nie ma pretensjonalnych grafik na ścianach.
Obsługa nie jest ani nadskakująca, ani znudzona, nonszalancka, niedokształcona i źle ubrana. Ci młodzi ludzie są po prostu taktowni. Zachowują się, jakby cenili i lubili swój zawód i swoich klientów. I to oni swoją dyskretną obecnością tworzą klimat, w którym chce się przebywać.
Klimat kultury międzyludzkiej, do jakiego każdy normalny człowiek zwyczajnie tęskni. Wytworzył się w tym lokalu rodzaj niepisanej umowy: kelnerzy są na wysokim poziomie, a więc klienci starają się prezentować dobre maniery. Przyciszone rozmowy, żarty z obsługą, uśmiechanie się do nieznajomych, drobne przysługi przy wieszakach i stolikach, które dość szczelnie wypełniają niewielkie pomieszczenie, są na porządku dziennym. Swoboda, ale nie luzactwo. I raczej czytanie książek czy prasy niż hałaśliwe rozmowy przez komórkę.
Scenka rodzajowa
W pewne popołudnie, gdy za oknami kawiarenki mocno wiało i cięło deszczem, wtoczyły się, z trudem przepychając się przez drzwi, dwie panie i już od progu zagrzmiały: „Czy są pączki?”. – Niestety, nie – padła odpowiedź.
I oto z ust dam nieoczekiwanie popłynęła wiązanka. Nie z tych najgrubszych co prawda, wystarczyło jednak, by w kawiarence nagle obudziła się pełna grozy cisza. Damy opadły na fotele, wykrzykując na cały głos: „I po co szłyśmy taki kawał!”, na przemian z dalszym ciągiem monotonnie mielonych, bynajmniej jednak nie półgłosem, wulgarnych słów.
Po chwili najwyraźniej zdecydowały się jednak obyć bez pączków i spędzić tu dłuższy czas. „A czy ma pan dobrą angielską herbatę?”, zaryczała, słabszym już głosem, jedna z nich, wbijając bazyliszkowe spojrzenie w chłopaka za ladą. Ten jednak już od dłuższego czasu czujnie przyglądał się przybyłym i bez zmrużenia oka wyrecytował: – O, nie, proszę pani! Mamy tylko francuską herbatę. Francuska herbata jest najlepsza.
Damy zawyły przeciągle: „Wychodzimy!”. Wszyscy z ulgą wrócili do swoich książek i gazet; kelnerzy w milczeniu przyglądali się gniewnemu wymarszowi. Nie było żadnej scysji, wyrzutów i moralizowania.
Można powiedzieć – nic się nie stało. Niepasujący do atmosfery zostali dyskretnie i taktownie nakłonieni do opuszczenia lokalu przy użyciu dowcipnego wybiegu. A jednak wydarzyło się wiele. Rytuał: „Żądam, bo mnie stać; płacę i wymagam”, okazał się tu zupełnie bezużyteczny. I jakoś absurdalny. Ktoś stawił skuteczny opór, choć nie krzyczał: „Fora ze dwora!”. Chłopak za ladą mógł mieć trochę ponad dwadzieścia lat. Zagrożenie – w komicznym damskim przebraniu – zatrzymało się zdziwione, cofnęło zdezorientowane i potulnie opuściło to miejsce.
Opisuję to zdarzenie, będąc po lekturze oświadczenia dyrekcji warszawskiego teatru, które w sposób wyjątkowo agresywny broniło reżysera i aktorów pewnego spektaklu, po tym, jak posypały się na ich głowy słowa ostrej krytyki ze strony widzów. Przebija z tego oświadczenia ton zadowolenia i triumfu. Udało się! Oni nam oskarżeniami, my im pogardą. Oni ciosem, my nokautem. „To wizja wolnego artysty, wara od niego, profani!” – zaryczał dyrektor.
Zabrakło zwykłej uczciwej wymiany argumentów, zwykłej kultury, nie mówiąc o finezji. Czujnego, uważnego spojrzenia podobnego do tego, jakim chłopak zza lady z ciastkami badał przez chwilę twarze rozjuszonych klientek.
Jak stawiać opór bez krzyku i pogardy
Mogli nie prowokować, ktoś mógłby zauważyć. Ale zdarzały się już w historii świata tysiące razy przekupstwo, oszustwo, zwodzenie, bezczelny atak na normy społeczne – rodem z „Biesów” – traktowanie perwersji jako rozrywki. Setki tysięcy razy odbywała się wyprzedaż własnych poglądów, głosu, ciała, talentu za obietnicę kariery. A nawet, jak w latach 30. w Niemczech, że teatr będzie cynicznie i z rozmysłem użyty przeciwko zasadom wyznawanym przez Europejczyków, stanie się częścią propagandy.
Skoro już jednak wydarzyło się tyle złego, sztuką jest z tego wyjść. Elegancko i z dystansem wobec samego siebie. Dowcipnie i bez złości. Dyrekcja i artyści mogli wycofać się chyłkiem, a nie chwycić za drągi i kamienie. „Nasz lokal” to także nasze państwo. Jeśli chcemy, by było w nim dobrze, by zasady były szanowane, świętości zachowywane, nie dajmy się prowokować. Nie pozwalajmy się kąsać, zwracajmy się jednak do ludzi z uśmiechem, nawet gdy oni zachowują się agresywnie albo jak niezupełnie zdrowi. Oni i tak kiedyś się wycofają. Podajmy płaszcz wychodzącym, a nie traktujmy ich kopniakiem i nie zatrzaskujmy za nimi ze złością drzwi.
Politycy jak dobrzy kelnerzy
Być „dobrym kelnerem” – jeśli można użyć tego słowa w przenośnym znaczeniu – to prawdziwa sztuka. Dobry kelner to nie tylko ten, który usługuje, ale ten, kto czuwa. I broni, gdy zajdzie potrzeba. Stara się, by dobrze czuli się w jego lokalu ci, którzy potrafią uszanować atmosferę, jaka tu panuje.
I przywołuje do życia konwencję, nieco już zapomnianą, ale jedyną do przyjęcia w cywilizowanym świecie. I jedyną, pozwalającą naprawdę istnieć społeczeństwu w jego spoistości. Konwencję na bakier z postnowoczesnością, ale zawsze aktualną: namysłu, uprzejmości, rewerencji, życzliwości. I rzecz jasna, odwagi. A nie chowania głowy w piasek.
Polska za prezydentury Karola Nawrockiego, przygotowująca się pod przywództwem największej partii opozycyjnej do zmiany rządu po wyborach, powinna być jak dobry lokal. Wszyscy mogą doń wejść. Cała rzecz w tym, by niektórzy także zechcieli szybko zeń wyjść.