Należało się spodziewać, że materiał Onetu o Karolu Nawrockim ma wątłe podstawy. Na pierwszy rzut oka wyglądał na lipę. To tego typu materiał, który pisze się po to, aby czytelnik nie dostał informacji, lecz wrażenie. Typowa sztuczka naszych czasów. Dość często stosowana.
Nikt niczego nie weryfikował, bo nikomu do niczego to nie było niezbędne. Potrzeba chwili była taka, żeby z Karola Nawrockiego zrobić stręczyciela i sutenera. Do takiej roboty wystarczy świadek, któremu coś się wydawało 20 lat temu podczas wakacji. Miała wszak zadziałać zbitka. Ochroniarz. Grand Hotel. Kobiety. Resztę czytelnik miał sobie dopowiedzieć. I dopowiedział. Ściślej mówiąc, dopowiedzieli sobie zwolennicy tzw. obozu antypisu. Ten materiał, jakkolwiek byśmy zaklinali rzeczywistość, nie jest w stanie przekonać żadnego zwolennika Karola Nawrockiego. Brakuje bowiem w nim szczegółów. Dziennikarze nie opisali mechanizmu. Nie rozmawiali z wieloma świadkami i informatorami. Nie przedstawili też jakichkolwiek dokumentów. Nie znalazł się żaden klient. Nie znaleziono ani jednej prostytutki. Są tam tylko wzbudzanie emocji i insynuacja oparta na zeznaniach osoby, której coś się wydawało. Nie wiem, co zrobi z tym sąd. Pewnie uzna, że wolność prasy stoi ponad prawem do godności polityka. Gorsze numery w III RP przechodziły bezkarnie. Jedyny zysk będzie taki, że wnikliwy obserwator dowie się, jak powstają głośne teksty i że generalnie dziennikarze nie przepracowują się, tworząc oparte na anonimowych źródłach błoto do obrzucania. Ot, trzy telefony i już mamy materiał. Później trzeba tylko pobudzić odpowiednio dyżurnych komentatorów, aby dokonali właściwej interpretacji, która pójdzie w świat. I tak trwa gra w skojarzenia. I nikt z niej nie zrezygnuje.