Wywiad, który w dwumiesięczniku „Arcana” (nr 189) przeprowadził Zbigniew Janowski, zaskakuje na wielu poziomach. Iraj Azarfaza jest bowiem Irańczykiem, profesorem filozofii na uniwersytecie w Isfahanie, ale wykładającym na europejskich uniwersytetach i zajmującym się dorobkiem także zachodniej filozofii – Platona, Arystotelesa i innych. Jako członek irańskich elit nie musi jednak zachowywać chłodnego obiektywizmu w sprawach swojego kraju, a zwłaszcza oceny ustroju.
Choć uczony nie wydaje się ani fundamentalistą, ani w ogóle gorliwym muzułmaninem, to niektóre jego argumenty w obronie irańskiej władzy nie są przekonujące. Opowiada on np. o poważnym procesie alfabetyzacji społeczeństwa, która w ciągu 15 lat od upadku dynastii Pahlawich miała wzrosnąć z 33 do 95 proc. Czytelnik wychowany w PRL czy znający jej propagandę pamięta te dumne tyrady o walce z analfabetyzmem, które jednak nie anulują zbrodniczości reżimu i budowania społecznej apatii.
Profesor Azarfaza mówi też, że „ruchy studenckie z końca lat 90., reformatorski rząd pod przewodnictwem Mohammada Chatamiego, a później Zielony Ruch w 2009 r. były ruchami obywatelskimi, które wyłoniły się z rozwijającego się społeczeństwa irańskiego”. Ma być to argument na rzecz pewnych swobód obywatelskich w państwie ajatollahów i choć sprzeczne jest to z intuicją zachodniego czytelnika, to taki proces może faktycznie istnieć, choć trudno jest ocenić autentyczność jego wolności. Nie trzeba więc przyjmować z pełnym przekonaniem słów profesora filozofa, ale gdy opowiada on o dorobku cywilizacyjnym islamu, a także jego perskiej ojczyzny, głos ten jest kontynuacją debaty na temat możliwej westernizacji świata islamu czy przyszłej konfrontacji Zachód–Bliski Wschód.
Odrzucenie Zachodu
Azarfaza kwestionuje mit rządów ostatniego szacha jako kraju otwartego na wartości zachodnie. Popularne w internecie obrazki kobiet ubranych po europejsku i swobodnie poruszających się po ulicach miast niczym w każdym mieście zachodniej Europy mają przedstawiać obraz jedynie kręgu elit, a nie powszechnej mody. Cóż z tego, że, jak czytamy w wywiadzie, przyznano kobietom prawa wyborcze już w 1963 r., gdy właściwie nie było na kogo głosować? Poza tym, te swobody wynikały w dużej mierze z modernizacyjnych aspiracji elit politycznych i niektórych intelektualistów, a nie z autentycznych postulatów irańskiego społeczeństwa obywatelskiego. W systemie politycznym sprzed rewolucji dominowało przekonanie, że nowoczesna cywilizacja zachodnia stanowi szczyt ludzkiego postępu i że aby Iran mógł przekroczyć bramy cywilizacji, musi naśladować Zachód pod każdym względem.
I tutaj pojawia się odwieczny problem, uchwycony przez Samuela Huntingtona czy Feliksa Konecznego, na ile da się przyswoić zasady jednej cywilizacji w ramach odrębnej. Z obrazu, jaki wyłania się z opowieści profesora, widzimy raczej powierzchowne próby przejmowania nie tyle wartości Zachodu, ile jego pozorów.
Stanowczo przeciwko temu występowały dwie grupy – wspierane przez Sowietów środowiska marksistowskie z jednej strony i religijni tradycjonaliście z drugiej. Ich krótki sojusz obalił proamerykańskiego szacha. Jednak argumenty obu przeciwników Pahlawich, choć pozornie różne, zbiegały się co do diagnozy świata kapitalistycznego, mimo używania diametralnie innych pojęć. U fundamentalistów terminy brzmiały bowiem następująco: „stakbar” (arogancja) zamiast kolonializmu oraz „taghut” (tyrania) zamiast imperializmu. Lewica identyfikowała się jako obrońca mas pracujących, podczas gdy ruch religijny wzywał do obrony islamskiej ummy (republiki).
W skrócie zatem zarówno materialistyczna elita marksistowska, jak i imamowie zachowywali w jądrze swojej doktryny antyzachodniość. Reżim szacha jawi się tutaj jako przejściowy incydent, a nie konieczny etap rozwoju. Islam, zdaje się wynikać z rozmowy, odrzuca Zachód i w wersji perskiej stworzył „postmodernistyczną teokrację” – unikalną i bezprecedensową formę rządów, która powstała jako reakcja na współczesną politykę. Azarfaza przytacza niezależne od Europy perskie przypadki wielkich reformatorów, którzy próbowali upolitycznić islam i wprząc go w budowę skonsolidowanego, oddzielnego państwa (a nie wielkiej wspólnoty muzułmańskiej), rodzącego się po konfrontacji z potęgami militarnymi po raz pierwszy na początku XIX wieku, po utracie na rzecz Rosji wpływów nad Kaukazem.
Profesor przekonuje, że głęboka myśl filozoficzna i polityczna w Persji jest niejako autonomiczna względem dorobku Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii, że modernizacja może tam następować bez westernizacji i nawet reżim ajatollahów jest tego dowodem. „Uważam, że Mohammad Reza Szach – zwłaszcza w ostatniej dekadzie swoich rządów, z wizją »wielkiej cywilizacji« i ponownym podkreśleniem przedislamskiej tożsamości irańskiej – oraz Islamska Republika przez prawie pięćdziesiąt lat próbowały, w sposób jawny i ukryty, stworzyć właśnie coś takiego: wchłonąć nowoczesność, przetrawić ją i przyswoić, znaleźć w irańskiej tradycji zasadę lub zasady pozwalające na budowę nowoczesnego Iranu” – głosi Azarfaza.
Gdzie my to słyszeliśmy?
Opinia irańskiego uczonego nie jest jednak odosobniona – można ją spotkać na Zachodzie, ale tylko z jednej strony politycznego sporu. Tę samą krytykę Zachodu, który miał wymyślić kilka form politycznych, a potem forsować je na reszcie globu, choć miały być one tylko marginesem społecznych eksperymentów ustrojowych, można spotkać w mainstreamie lewicowych intelektualistów. David Graeber, jeden z mistrzów takiej antropologii, tworzy bardzo popularne syntezy, które mają udowadniać, że to, co wydaje się naturalne – rodzina, lojalność, władza, własność prywatna czy wiara – jest tylko tanim konstruktem, który w wyniku nieomal przypadkowych incydentów stał się wiodącym światopoglądem.
Zachód po prostu – w tej koncepcji – wymyślił kilka urojonych pojęć, a potem narzucił je innym cywilizacjom. Według niej należy mocno to ograniczyć, zrewidować i dopuścić wszystkie inne formy życia społecznego: komunizm, szamanizm, anarchię, plemienność i systemy, do których przekonują Graeber czy Harari, ale co do których istnienia pewności nie mamy. Ta zbieżność arcypostępowego marksizmu i wielu tradycjonalistycznych reżimów zapowiada jednak trudną konfrontację dla świata Zachodu.